Krótki spis treści, bo mi się notka wydłużyła troszku.
1) Wstęp
2) Przypowieść „o trzech drzewach”
3) Krótki komentarz przypowieści
4) Dwie wizje „mnie”
5) Stare marzenie.
6) Zakończenie
_____________________________________________________________________
1)
Chciałem odpisać w komentarzach, ale tak dobrze mi się pisało, że postanowiłem ukształtować z moich myśli notkę.
Gdzieś międzyczasie pojawiły się spekulacje jakobym zastanawiał się nad drogą Jezuity (dokładnie to było tam o Zakonie, ale nie uznaje w swoim życiu opcji bym podjął życie Kapłańskie poza Towarzystwem Jezusowym).
Po pierwsze planowanie czegokolwiek na dłuższy dystans w moim życiu było zawsze bezsensu. Dlaczego? Bo Bóg szeptał mi delikatnie: „Nie planuj” „Nie dumaj” „ZAUFAJ”.
Znacie przypowieść o trzech drzewach? Nie wszyscy kojarzą, więc przytoczę.
2)
Uwaga! Bajka wyposażona jest w środki stylistyczne, które mogą sprawić że przedstawiony materiał będzie różnił się od rzeczywistego świata, który znasz. Jeśli przeszkadza to Twojej osobie, obraża Twoje uczucia, lub nie chcesz poznawać tego typu treści, NIE czytaj tego tekstu dalej, lub poskarż się mamie [tylko nie mojej ;p].
„Rosły sobie trzy drzewa. Pewnego razu Jedno zgadało do reszty.
-Chciałbym w przyszłości zostać skrzynią. Taką skrzynią, której będzie się trzymać największy skarb świata. Pewnie musiałbym trafić do jakiegoś bardzo bogatego człowieka. Byłbym bardzo ważny i wielu ludzi chciałoby widzieć to co miałbym w sobie.
Drugie drzewo powiedziało:
-A ja chciałbym być statkiem. Wspaniałym jachtem, którym pływałby największy Król świata. Najwspanialszy człowiek na świecie.
Trzecie drzewo, spokojnie i z pokorą powiedziało:
-A Ja chce zostać tutaj i rosnąć. Rosnąć wysokie i wielkie, by ludzie którzy będą przechodzić obok zatrzymywali się na chwilę i patrząc na mnie, patrzyli w Niebo.
Przyszli innego dnia drwale i ścieli wszystkie trzy drzewa. Pierwsze trafiło do jakiejś starej szopy. Zrobiono z Niego koryto, żłób z którego jadły pasze zwierzęta.
Drugie drzewo przerobiono na kuter rybacki, zwykłą łódź, na której biedna część społeczeństwa walczyła z morzem by związać koniec z końcem.
Trzecie drzewo zostało podzielone na kilka desek, zbito je ze sobą i wrzucono do jakiejś starej szopy.
Wiele lat później do stajni, w której znajdowało się pierwsze drzewo trafiła dwójka ludzi. Mężczyzna i kobieta w ciąży. Kobieta urodziła, a ponieważ nie było gdzie położyć dziecięcia, włożono je do żłobu. Przyszła później jakaś zgraja pastuchów, a nawet trzech gości ładnie ubranych z jakimiś darami.
Jeszcze później, pewien człowiek wsiadł do łodzi, która zrobiona była z drugiego drzewa. Za tym człowiekiem szły wielkie tłumy i musiał wypłynąć na środek jeziora, by do Niech przemawiać. Człowiek ten mówił mądrze a ludzie go słuchali, bo był dla Nich kimś ważnym.
Kolejnych parę lat później wyciągnięto z szopy Trzecie drzewo, a właściwie dwie, razem sklecone, deski. Najpierw rzucono je na plecy jakiegoś pobitego człowieka, a na końcu zostały wbite w ziemie, na szczycie pewnej góry, nieopodal miasta. Na końcu przybito do Nich owego człowieka.
A ludzie z miasta zatrzymywali się w swej wędrówce i spoglądali w górę. Na Człowieka, na Krzyż, na Niebo.”
3)
Tak właśnie zawsze było w moim życiu. Czy ktoś z Was potrafi zapytać się „Czego od życia chce?” „Co chce zrobić?” Nie pytaj siebie „Jak?”. Tą kwestie pozostaw Bogu. Po prostu miej marzenia.
Cały ten powyższy wstęp napisałem po to, byście wiedzieli, że moje życie oddałem Bogu. I nie mi o nim decydować. Ale codziennie walczę o wolność, bo moim "Bogiem" nie są pieniądze, systemy i władcy tego świata.
Więc nie mogę sobie zaplanować: „po maturze idę tu, a potem pracuje tam” itp.
On i tak zrobi ze mną to co dla mnie najlepsze.
4)
Ale żeby uciszyć wszelkie spekulacje na temat mojego życia, postawie przed Wami dwie moje wizje „mnie” w przyszłości:
I) Będę Człowiekiem, mężczyzną, dobrym mężem, który co dzień na nowo zakochuje się w swej Małżonce. Ojcem który woli spędzać czas z Rodziną i Przyjaciółmi niż z alkoholem i karierą. Głową domu, która ciężko pracuje by zapewnić dzieciom dobrą przyszłość. Ojcem który nie nadużywa siły, lecz też nie rozpuszcza dzieci. Facetem, który ma czas na to co go interesuje. Człowiekiem, do którego KAŻDY może przyjść i wygarnąć co mu leży na wątrobie. Altruistą, który co dzień modli się by raz zapalony ogień w Nim nie zgasł. Ogólnie rzecz ujmując, Przykładem: Męża i Ojca, Sąsiada i Przyjaciela, Współziomka i Człowieka, który w tym wszystkim nie gubi siebie.
II) Będę Człowiekiem, mężczyzną, Dobrym współbratem w rodzinie zakonnej. Ojcem który ma „efektywnie” więcej dzieci niż inni ojcowie. (Ze względu na szczerość z jaką przychodzi do Niego młodzież). Cichym i pokornym, w niepotrzebnych kłótniach, ale głośnym i nieugiętym, bezkompromisowym w wypełnianiu Woli mojego Pana. Księdzem Kochającym (To słowo użyte tu w pełni poprawnie, po namyśle i bez przesady) Boga i nie zapominający o tej Miłości gdy przychodzi go widzieć w drugim człowieku. Towarzyszem Jezusa.
To strzępki marzeń, które pozostały mi w pamięci. Powiecie: „Niemożliwe jest tak żyć!”, ale ja wszystko mogę w tym który mnie umacnia.
Kiedy sformułowało się to moje marzenie?
Powstało w moich myślach, kiedy odważyłem się wypowiedzieć przed Przyjacielem, moje Pragnienie i zarazem marzenie, z dawnych lat.
5)
„- Wiesz… zawsze chciałem być człowiekiem który wędruje od miasta do miasta i ze wsi na wieś. Człowiekiem, który pomaga ludziom w codzienności. Pomaga czynem, ale i dobrym słowem czy radą. Wędrowcem, który nie wie gdzie będzie spał. Który nie wie co (albo czy w ogóle) będzie jadł. Ale ufa Bogu i czynie dobre rzeczy. Chciałem iść przez świat i leczyć ludzi, błogosławić z mocą, wyganiać nieczyste duchy. Czynić rzeczy niezwykłe, ale i te codzienne.
-A nie uważasz, że byłoby to za proste?
-No chyba nie większość ludzi nie poszłaby na to…
-Ale dla Ciebie byłoby to wygodne.
-No… No tak.”
Od tamtej pory wykształciły mi się właśnie te dwa obrazy mnie…
6)
Oczywiście mogłem napisać w komentarzu „Mam jeszcze ponad rok na decyzje bo żeby zostać Jezuitą trza zdać maturę.”, ale wolałem ubrać to w słowa i napisać taką krótką notkę.
sobota, 28 lutego 2009
środa, 25 lutego 2009
sobota, 21 lutego 2009
Wolność.
Wolność.
Z dnia na dzień coraz bardziej odkrywam to słowo.
Zacznę może od rozmyślań z przed Ferii…
Kiedy zacząłem uczęszczać do Liceum musiałem dojeżdżać kawałek do szkoły…
Postanowiłem jeździć rowerem bo było ekonomiczniej, nie musiałem stać w korkach tak jak autobusy i nie musiałem czekać na przystanku o konkretnej godzinie… (Ani kląć jak reszta ludzi na to, że nie ma trzeciego autobusu z rzędu).
W zeszłym roku na zimę Mama, bez pytania o zdanie na ten temat, kupiła mi bilet trzymiesięczny i powiedziała, że mam schować rower. W tym roku nie dałem się… z góry zaznaczyłem, że będę jeździł rowerem w zimie.
Wielu ludzi zniechęciłoby się na moim miejscu. Pod wpływem zmęczenia, pod wpływem opinii wariata w szkole, pod wpływem mrozu muskającego rano zaspane oblicze. Ale ja widziałem w tym więcej… Nazywałem to niezależność… Pod koniec walki nazwałem swój cel ostatecznie „Wolnością”. I wtenczas właśnie tchnęła mnie rozkmina… Stara Przyjaciółka Refleksja usiadła by podumać (podumać!!! wstawka dla starych erotomanów, którym „pomieszałyby” się literki) ze mną na temat wolności.
Moje odkrycie było proste… Wielu ludzi krzyczy, że chce być wolnymi… Jeśli kto postawi przed Nimi szanse zdobycia wolności tuż pod nosem, wezmą ją i będą uznawali za naturalną.
Ale o tej wolności szybko się zapomina. Wolność ma taką wartość, jaką płacimy za Nią cenę.
Później większość pozytywnych ludzi wokół mnie zaczęła głosić „wyzwolenie”, mówić głośno o wolności… W2, O. Grzegorz, Filmy na MAGISowym Klubie Filmowym.
Już prawie ułożyłem pod to temat maturalny… Jak mi się uda ułożyć cos do marca to będę mógł pisać własny temat za rok. ^^
Ale ogólnie to dziś poczułem się wolnym.
Dziś powiedziałem Przyjacielowi i ekipie ludzi z których znam od 11 lat „Nie muszę się przed Wami tłumaczyć”. Żeby podkreślić wagę sytuacji… Do tej pory mi się to nie udawało i dawałem się opieprzać kiedy tylko nie byłem na Nocce czy coś. Dziś udało mi się ze spokojem dokończyć obiad, po telefonie od FlugsSa, nim powędrowałem do salki.
Gdy już się tam znalazłem zastałem pracującego w kuchni Mateusza i siedzących w salce: (wymieniam Ksywami z RPGów dla amoniowości) Vox’a, Ruthera, Morfiste i FlugsSa.
Oczywiście największe pretensje miał Ruther. Oburzony darł się czemu robie im takie jaja że się umawiam i nie przychodzę… Zapytałem wprost:
"Ja -Czy Ty słyszałeś, żebym mówił, że będę?
R- Nie no ale wszyscy mówili…
Ja -Czy deklarowałem się przed Tobą?
zamilkł (to się rzadko zdarza by w dyskusji ten człowiek dał za wygraną… na dobrą sprawę chyba pierwszy raz słyszałem jak przyznaje się do błędu)
Ja –Czy komukolwiek jeszcze się deklarowałem?
M- Było na forum od trzech tygodni.
F- Mówiłem Ci tydzień temu!
Ja- Po pierwsze nie tydzień tylko trzy dni temu, po drugie wczoraj w szkole rano mówiłem, że nie jestem pewniakiem na tą sesyje i zadzwoniłem do Ciebie wcześniej.
R- Ale powinieneś poinformować wszystkich a nie tylko FlugsSa.
Ja- Dzwoniłem do FlugsSa, powiedział żebym poinformował Morfiste… Dzwoniłem do Ciebie?
M- No tak, ale komórka mi padła jak próbowałeś zadzwonić.
Ja- No ok… sesji nie było. Ale dzwoniliście do mnie z oburzeniem, że mam podręczniki… powiedziałem „przyjdźcie”. i o w pół do pierwszej w Nocy zadzwoniłem bo nie wiedziałem co się dzieje, po czym dowiedziałem się, że jednak nie gracie…"
Rozmowa miała charakter Dynamiczny, czasem FlugsS wtrącał… „Gdybyś chciał to byś dał rade przyjść”… a resztę czasu starał się milczeć… To było w Nim pozytywne… spokój. Rzadko to w Nim widzę, ale chyba ma z tym większą siłę przebicia.
Nie mniej bardzo cieszę się z tej zdobytej wolności… Postawiłem na szale ryzyka relacje, (wciąż nie wiem czy nie straciłem tego „zastawu”), wyrwałem się ze swojej niemocy i otrzymałem wolność… Wolność, która „smakuje”.
Siostry i bracia szukajcie tej wolności… Ja mogę opowiadać o Niej…
Ale JEŚLI Jej nie POCZUJECIE, to Jej nie POZNACIE.
Na razie rower mam uszkodzony... więc zostałem znów "Skazany na MPK"
Z dnia na dzień coraz bardziej odkrywam to słowo.
Zacznę może od rozmyślań z przed Ferii…
Kiedy zacząłem uczęszczać do Liceum musiałem dojeżdżać kawałek do szkoły…
Postanowiłem jeździć rowerem bo było ekonomiczniej, nie musiałem stać w korkach tak jak autobusy i nie musiałem czekać na przystanku o konkretnej godzinie… (Ani kląć jak reszta ludzi na to, że nie ma trzeciego autobusu z rzędu).
W zeszłym roku na zimę Mama, bez pytania o zdanie na ten temat, kupiła mi bilet trzymiesięczny i powiedziała, że mam schować rower. W tym roku nie dałem się… z góry zaznaczyłem, że będę jeździł rowerem w zimie.
Wielu ludzi zniechęciłoby się na moim miejscu. Pod wpływem zmęczenia, pod wpływem opinii wariata w szkole, pod wpływem mrozu muskającego rano zaspane oblicze. Ale ja widziałem w tym więcej… Nazywałem to niezależność… Pod koniec walki nazwałem swój cel ostatecznie „Wolnością”. I wtenczas właśnie tchnęła mnie rozkmina… Stara Przyjaciółka Refleksja usiadła by podumać (podumać!!! wstawka dla starych erotomanów, którym „pomieszałyby” się literki) ze mną na temat wolności.
Moje odkrycie było proste… Wielu ludzi krzyczy, że chce być wolnymi… Jeśli kto postawi przed Nimi szanse zdobycia wolności tuż pod nosem, wezmą ją i będą uznawali za naturalną.
Ale o tej wolności szybko się zapomina. Wolność ma taką wartość, jaką płacimy za Nią cenę.
Później większość pozytywnych ludzi wokół mnie zaczęła głosić „wyzwolenie”, mówić głośno o wolności… W2, O. Grzegorz, Filmy na MAGISowym Klubie Filmowym.
Już prawie ułożyłem pod to temat maturalny… Jak mi się uda ułożyć cos do marca to będę mógł pisać własny temat za rok. ^^
Ale ogólnie to dziś poczułem się wolnym.
Dziś powiedziałem Przyjacielowi i ekipie ludzi z których znam od 11 lat „Nie muszę się przed Wami tłumaczyć”. Żeby podkreślić wagę sytuacji… Do tej pory mi się to nie udawało i dawałem się opieprzać kiedy tylko nie byłem na Nocce czy coś. Dziś udało mi się ze spokojem dokończyć obiad, po telefonie od FlugsSa, nim powędrowałem do salki.
Gdy już się tam znalazłem zastałem pracującego w kuchni Mateusza i siedzących w salce: (wymieniam Ksywami z RPGów dla amoniowości) Vox’a, Ruthera, Morfiste i FlugsSa.
Oczywiście największe pretensje miał Ruther. Oburzony darł się czemu robie im takie jaja że się umawiam i nie przychodzę… Zapytałem wprost:
"Ja -Czy Ty słyszałeś, żebym mówił, że będę?
R- Nie no ale wszyscy mówili…
Ja -Czy deklarowałem się przed Tobą?
zamilkł (to się rzadko zdarza by w dyskusji ten człowiek dał za wygraną… na dobrą sprawę chyba pierwszy raz słyszałem jak przyznaje się do błędu)
Ja –Czy komukolwiek jeszcze się deklarowałem?
M- Było na forum od trzech tygodni.
F- Mówiłem Ci tydzień temu!
Ja- Po pierwsze nie tydzień tylko trzy dni temu, po drugie wczoraj w szkole rano mówiłem, że nie jestem pewniakiem na tą sesyje i zadzwoniłem do Ciebie wcześniej.
R- Ale powinieneś poinformować wszystkich a nie tylko FlugsSa.
Ja- Dzwoniłem do FlugsSa, powiedział żebym poinformował Morfiste… Dzwoniłem do Ciebie?
M- No tak, ale komórka mi padła jak próbowałeś zadzwonić.
Ja- No ok… sesji nie było. Ale dzwoniliście do mnie z oburzeniem, że mam podręczniki… powiedziałem „przyjdźcie”. i o w pół do pierwszej w Nocy zadzwoniłem bo nie wiedziałem co się dzieje, po czym dowiedziałem się, że jednak nie gracie…"
Rozmowa miała charakter Dynamiczny, czasem FlugsS wtrącał… „Gdybyś chciał to byś dał rade przyjść”… a resztę czasu starał się milczeć… To było w Nim pozytywne… spokój. Rzadko to w Nim widzę, ale chyba ma z tym większą siłę przebicia.
Nie mniej bardzo cieszę się z tej zdobytej wolności… Postawiłem na szale ryzyka relacje, (wciąż nie wiem czy nie straciłem tego „zastawu”), wyrwałem się ze swojej niemocy i otrzymałem wolność… Wolność, która „smakuje”.
Siostry i bracia szukajcie tej wolności… Ja mogę opowiadać o Niej…
Ale JEŚLI Jej nie POCZUJECIE, to Jej nie POZNACIE.
Na razie rower mam uszkodzony... więc zostałem znów "Skazany na MPK"
Kolejne dni.
Ostatnio znów czuje jakieś dziwne „zmęczenie”… może to efekt klimatyzowania się w społeczeństwie na nowo… może znów mnie coś bierze… a może to coś zupełnie innego…
Zauważyłem coś dziwnego. Im bliżej jestem Jezusa, a właściwie Jego drogi (On jest przy mnie cały czas…), tym bardziej czuje taki… Brak spójności z otaczającym mnie światem. Nie ogranicza mnie już tak bardzo jak kiedyś, ale też przestaje czuć taką „odpowiedzialność” za to co się na nim dzieje… i to mnie trochę niepokoi.
A przy okazji. Zauważyłem że czasem w komentarzach udaje się zakręcić zalążki takiej małej dyskusji… Nie bójcie się tam pisywać. Wymiana zdań jest o tyle pozytywna, że w przeciwieństwie do Monologów bierze się do tego więcej umysłów i dusz…
Zauważyłem coś dziwnego. Im bliżej jestem Jezusa, a właściwie Jego drogi (On jest przy mnie cały czas…), tym bardziej czuje taki… Brak spójności z otaczającym mnie światem. Nie ogranicza mnie już tak bardzo jak kiedyś, ale też przestaje czuć taką „odpowiedzialność” za to co się na nim dzieje… i to mnie trochę niepokoi.
A przy okazji. Zauważyłem że czasem w komentarzach udaje się zakręcić zalążki takiej małej dyskusji… Nie bójcie się tam pisywać. Wymiana zdań jest o tyle pozytywna, że w przeciwieństwie do Monologów bierze się do tego więcej umysłów i dusz…
wtorek, 17 lutego 2009
Powrót do Sql
Dziś minął pierwszy dzień wbijania się w codzienność szkolną.
Znów widzę jak jedni ludzie nazbyt przejmują się szkołą a inni „nieudolnie” ją olewają. Nie mówię, że jestem pewny, iż mojej luźne podejście do wszelkiej nauki i zlewka tego co jest ponad te kilka godzin w szkole jest poprawne… mogę się mylić. Ale po efektach jakie osiągam w stosunku do wysiłku jaki wkładam, uznaje że moje dotychczasowe podejście jest dla mnie najbardziej optymalne.
Jutro może być śmiesznie…
Ponieważ uaktualniam opinie o mojej Dysgrafii i Dysortografii, potrzebna jest opinia mojej Polonistki… Tak się składa, że od kiedy moja Polonista została Wicedyrektorem zrobiła się jakaś taka… „nie do polubienia”. Zarówno dla sporego grona nauczycieli jak i dla znaczącej większości uczniów. W każdym razie jedną z Jej nowo nabytych wad jest niezwykłe obnoszenie się z tym „Kim to Ona nie jest”…
No właśnie. I pomyśleć, że jutro muszę pokazać Jej mój zeszyt od Polskiego… może się wzburzyć gdy zobaczy co poniektóre notatki.
Kiedy Pani Profesor dyktuje długo i bez większego sensu rzeczy, które nigdy w życiu mi się nie przydadzą, stosuje sobie w zeszycie mały skrót… otóż piszę pierwsze dwa, trzy zdania, potem wstawiam przepiękny napis „bla bla bla…” a gdy notatka zbliża się ku końcowi zapisuje ostatnie dwa trzy zdania.
Można po tym poznać kiedy Pani Profesor zdarzyło się dyktować z niezwykłą zmiennością w intonacji… wtedy notatka wygląda następująco:
Dwa zdania wstępu,
ujmujące „blablabla”,
pięć zdań wyjętych ze środka tekstu,
kolejne „bla bla bla”
i zdanie zakończenia.
Cóż zobaczymy… Może opatrzność Boża wesprze mnie w dniu jutrzejszym… Może mój zeszyt zostanie sprawdzony tak jak ćwiczenia ludzi ze szkoły którzy wpisują tam różne brednie i dostają 4+. Obaczymy jutro.
A żeby nie wyszło, że jestem jakimś słabym uczniem czy coś…
Z tych notatek wiem tyle samo ile z tych, które napisze w całości…
Może gdy zacznę otwierać zeszyt w domu po lekcjach ta sytuacja się zmieni.
Pierwszy dzień w szkole jednak chyba minął dobrze.
Na dwóch kartkówkach napisałem:
„Nie wiem o co biega w temacie ale się dowiem…
Dziś jestem pierwszy dzień po nieobecności dłuższej i statut szkoły przewiduje zwolnienie mnie ze wszelkiego rodzaju kartkówek i odpowiedzi.”
Na szczęście napisałem to jednej nauczycielce, która prosiła żebym zaznaczył nieobecność na kartce, a drugiej która bardzo trzyma się statutu ;P
Zaraz po napisaniu powyższego zacząłem zgadywać odpowiedzi… w zadaniach otwartych.
Znów widzę jak jedni ludzie nazbyt przejmują się szkołą a inni „nieudolnie” ją olewają. Nie mówię, że jestem pewny, iż mojej luźne podejście do wszelkiej nauki i zlewka tego co jest ponad te kilka godzin w szkole jest poprawne… mogę się mylić. Ale po efektach jakie osiągam w stosunku do wysiłku jaki wkładam, uznaje że moje dotychczasowe podejście jest dla mnie najbardziej optymalne.
Jutro może być śmiesznie…
Ponieważ uaktualniam opinie o mojej Dysgrafii i Dysortografii, potrzebna jest opinia mojej Polonistki… Tak się składa, że od kiedy moja Polonista została Wicedyrektorem zrobiła się jakaś taka… „nie do polubienia”. Zarówno dla sporego grona nauczycieli jak i dla znaczącej większości uczniów. W każdym razie jedną z Jej nowo nabytych wad jest niezwykłe obnoszenie się z tym „Kim to Ona nie jest”…
No właśnie. I pomyśleć, że jutro muszę pokazać Jej mój zeszyt od Polskiego… może się wzburzyć gdy zobaczy co poniektóre notatki.
Kiedy Pani Profesor dyktuje długo i bez większego sensu rzeczy, które nigdy w życiu mi się nie przydadzą, stosuje sobie w zeszycie mały skrót… otóż piszę pierwsze dwa, trzy zdania, potem wstawiam przepiękny napis „bla bla bla…” a gdy notatka zbliża się ku końcowi zapisuje ostatnie dwa trzy zdania.
Można po tym poznać kiedy Pani Profesor zdarzyło się dyktować z niezwykłą zmiennością w intonacji… wtedy notatka wygląda następująco:
Dwa zdania wstępu,
ujmujące „blablabla”,
pięć zdań wyjętych ze środka tekstu,
kolejne „bla bla bla”
i zdanie zakończenia.
Cóż zobaczymy… Może opatrzność Boża wesprze mnie w dniu jutrzejszym… Może mój zeszyt zostanie sprawdzony tak jak ćwiczenia ludzi ze szkoły którzy wpisują tam różne brednie i dostają 4+. Obaczymy jutro.
A żeby nie wyszło, że jestem jakimś słabym uczniem czy coś…
Z tych notatek wiem tyle samo ile z tych, które napisze w całości…
Może gdy zacznę otwierać zeszyt w domu po lekcjach ta sytuacja się zmieni.
Pierwszy dzień w szkole jednak chyba minął dobrze.
Na dwóch kartkówkach napisałem:
„Nie wiem o co biega w temacie ale się dowiem…
Dziś jestem pierwszy dzień po nieobecności dłuższej i statut szkoły przewiduje zwolnienie mnie ze wszelkiego rodzaju kartkówek i odpowiedzi.”
Na szczęście napisałem to jednej nauczycielce, która prosiła żebym zaznaczył nieobecność na kartce, a drugiej która bardzo trzyma się statutu ;P
Zaraz po napisaniu powyższego zacząłem zgadywać odpowiedzi… w zadaniach otwartych.
niedziela, 15 lutego 2009
piątek, 6 lutego 2009
choruje sobie
choruje sobie... opisałbym pare śmiesznych faktów z tym związanych ale niestety nie dam rady się na tyle skupić by coś dłuższego naskrobać. ;]
EDIT (08.02.2009)
Trochę mi spadła temperatura… mogę pisać :P
Choć wiem, że w tym stanie nie utrzymam się na tyle długo by napisać coś dłuższego…
Dostałem Gratisowy Tydzień leżenia od lekarza.
Zobaczymy jak będzie dalej.
EDIT (10.02.2009)
Dziś padł Rekord!
Od Środy (lub dłużej nawet) nie miałęm tak niskiej temperatury... Pierwszy raz osiągnąłem podczas tego leczenia, stan 36,6 stopni Celcjusza.
EDIT (08.02.2009)
Trochę mi spadła temperatura… mogę pisać :P
Choć wiem, że w tym stanie nie utrzymam się na tyle długo by napisać coś dłuższego…
Dostałem Gratisowy Tydzień leżenia od lekarza.
Zobaczymy jak będzie dalej.
EDIT (10.02.2009)
Dziś padł Rekord!
Od Środy (lub dłużej nawet) nie miałęm tak niskiej temperatury... Pierwszy raz osiągnąłem podczas tego leczenia, stan 36,6 stopni Celcjusza.
niedziela, 1 lutego 2009
Linki :P
Na szybko dziś notka.
Zamieszczam na dole w linkach (te napisy pod słowem "Bliźni" to linki), adres "W2".
Wyjście 2 to serwis informacyjny, który mói o tym co próbują przemilczeć oficjalne media. To wiadomości, które są pokazywane z innej strony. Czytająć te informacje mam o tyle większą wolność, że znam wtedy dwa spojrzenia na sprawę i mogę SAM wybrać, co uważam za dobre... a co za złe.
Ponadto mam zamiar trochę rozbudować te linki, żeby pokazać resztę rzeczy które poczytuje ;P
Zamieszczam na dole w linkach (te napisy pod słowem "Bliźni" to linki), adres "W2".
Wyjście 2 to serwis informacyjny, który mói o tym co próbują przemilczeć oficjalne media. To wiadomości, które są pokazywane z innej strony. Czytająć te informacje mam o tyle większą wolność, że znam wtedy dwa spojrzenia na sprawę i mogę SAM wybrać, co uważam za dobre... a co za złe.
Ponadto mam zamiar trochę rozbudować te linki, żeby pokazać resztę rzeczy które poczytuje ;P
wtorek, 27 stycznia 2009
Rekolekcje Zimowe MAGIS 2009
(…)i po rekolekcjach. Napisze trochę o Nich, gdyż warte są co najmniej na notkę tu.
Dostałem Większe owoce niźli bym mógł się spodziewać. Dziękuje za to Panu, bo widzę cóż dla mnie uczynił.
Pierwsze me dziękczynienie składam za naszą grupkę (w której spełniam aktualnie posługę animatora). Nie spodziewałem się, że chłopaki aż tak się otworzą na spotkaniach. Ba! Na spotkaniach… Jeśli chodzi o otwarcie na resztę wspólnoty, to też mile mnie Bóg zaskoczył, chłonnością świata w umysłach i sercach, tych młodych ludzi. Widząc na jakie tematy mogliśmy pogadać na spotkaniach, jeszcze radość potrafiła przebić się przez moje zdumienie. Kiedy zobaczyłem, jak ciężko mi czasem było ich ściągnąć na cisze nocną do pokojów, ze względu na prowadzone przez nich rozmowy z ludźmi… Zaskoczenie zaćmiło z początku moją (i tak ograniczoną) logikę.
Drugie dziękczynienie ofiarowuje za ludzi ze wspólnoty. Tych, którym pomogłem i tych, którzy mi pomogli. Tych, których poznałem jak i tych, z którymi dane mi było się tylko zapoznać. Tych, z którymi podzieliłem smutek i tych, z którymi pomnażałem radość. Tych wszystkich, których miałem możliwość odkrywania na Rekolekcjach i tych, z którymi zacieśniałem stosunki na formacji Animatorów.
Istotnie wiem, że we Wrocławiu mieliśmy niedawno kryzys, gdy chodzi o ludzi. Tak jest zawsze gdy odejdzie parę fundamentalnych „mamutów”, gdy zbliża się czas, że duże i aktywne pokolenie, będzie musiało odejść ze wspólnoty. Słyszałem zawodzenia nie tylko we własnym mieście, lecz z wielu innych miejsc w Polsce; „Wymieramy.” Powiem więcej… gdzieniegdzie dalej słyszę takie lamenty. Po tych rekolekcjach wiem. Nasz Pan, który rękami Ojców Jezuitów zbudował tą wspólnotę, Nasz Bóg, który w sercach wielu młodych ludzi zasadził ziarna, o korzeniach lepszych niż niejeden ma baobab, Przyjaciel Nasz, Brat, Ojciec i Pocieszyciel (który umacnia), Nie odda tak łatwo swego dzieła na ofiarę samotnym ogniom próżnej pustyni. Nie opuści Nas.
Ufajmy więc Jego słowom, a nie ześle na nasze barki tego, czego nie dalibyśmy rady unieść.
Trzecie dziękczynienie oddaje, za Pomoc mego Pana gdym go o Nią prosił.
Zdarzyło się tak, że na rekolekcjach mieliśmy nabożeństwo wieczorne. Na tym nabożeństwie czterech animatorów powiedzieć miało świadectwo. Świadectwo o Bogu w ich życiu. Jednym z tychże animatorów byłem ja. Kiedy bym nie mówił świadectwa, zawsze animatorzy z mego rodzinnego miasta, powtarzają mi bym mówił krótko. Tak też i teraz słyszałem, że mam mówić 5 minut. Potem powiedziano mi, iż mówić mam minut 3. Podobno mówiłem 13 :D
W każdym razie jedyne moje przygotowanie do tego świadectwa polegało na tym, że wspomniałem sobie o trzech rzeczach (sytuacjach, wydarzeniach), o których chciałem opowiedzieć. Niby dobrze. Nigdy nie mówiłem nie-spontanicznego świadectwa (bo przecież powiedział Pan; „[Wtedy] Ja będę z Tobą, będziesz wiedział co masz mówić […]”). Tylko nie wiem dlaczego, tego wieczoru podczas modlitwy przed Świadectwami, (i trochę podczas świadectw też) zjadał mnie stres. Co chwile przychodziło mi do głowy naśmiewanie się złego; „Jesteś sam”, „nic nie powiesz, już moja w tym głowa”, „idź… idź… a ja poklepie stres po brzuszku jak już się naje…”.
Wiem, że teraz to głupio brzmi, ale wtedy nie miałem czasu zwerbalizować sobie myśli. Wtedy brzmiało to… „poważnie”. Powiem Wam bracia i Siostry, że z początku się zląkłem. Na szczęście nie byłem sam. Jasne było ciemno dosyć, a ja siedziałem w odosobnieniu, lecz obok mnie siedział Pan mój, gotów do walki o mnie gdym tylko wyszeptał; „Sam nie mam szans”. Wyszedłem, otworzyłem umysł i otworzyłem usta. Pan wysłuchał mej modlitwy, i zasiał owoce na glebie, którą poszedłem uprawiać.
Było kilka osób, które zdobyły się na odwagę podejść do mnie i „pokazać owoc świadectwa”. Kilku ludzi, którzy podeszli i odsłaniając kawałek swojego życiorysu, powiedzieli co chcą zmienić w przyszłych jego aktach i scenach. Powiedzieli, i pytali jak… Pytali i szukali odpowiedzi.
Czwarte dziękczynienie zanoszę za Przyjaciela i za to, że uzdrowił Pan moje „postrzeganie Go”.
Wciąż, boje się nazywać zbyt wiele osób Przyjaciółmi bo słowo to ma dla mnie srogie znaczenie. Znaczenie tego słowa już tłumaczyłem lub tłumaczyć będę, lecz nie w tej notce gdyż, wtedy już o wiele większa byłaby liczba ludzi, którzy nie daliby rady doczytać tych słów do końca. Wiedzcie jednak, że boje się nadużywać tego słowa.
Mój Przyjaciel, na tych rekolekcjach strasznie deprawował mi grupkę. Bardzo mnie to denerwowało. Zwróciłem mu uwagę. Nie podziałało jakimś trwałym efektem.
Miałem już iść do Niego i powiedzieć: „Weź kurna zmień swoje zachowanie albo wypierdzielaj z tych rekolekcji bo niszczysz to co tu się buduje.”
W drodze złapał mnie ktoś i zwrócił uwagę: „Czemu to zdenerwowany jesteś, gdy Twój Przyjaciel ‘płonie’ ?”
„Ale, że co?”
„Nie udawaj. Widzisz chyba, że cos jest nie tak z Nim.”
Tak, tak… Ja. Taki „wierny Przyjaciel”, a w trudnych chwilach zamiast wesprzeć Go, zacząłem opieprzać. Kiedy poszedłem do pokoju już spał. Chyba zmogła go choroba czy coś. Na szczęście udało mi się to wszystko naprawić na nabożeństwie.
Dziękuje Panu za to, że dał mi z tej próby wyjść zwycięsko. Za to, żem nie stracił Przyjaciela.
Piąte dziękczynienie zanoszę za rozmowę z pewną Niewiastą. Związany przysięgą, przemilczę treść, temat i osobę z którą rozmawiałem. Zostałem jednak uwolniony od czegoś, a w zamian dowiedziałem się o pewnych rzeczach, których nie zauważałem, lecz których żałuje.
Szóste me dziękczynienie jest związane z Fanem (Formacją Animatorów). Po rekolekcjach zostaliśmy (większość animatorów) na parę dni w ośrodku, gdzie mieliśmy wcześniej rekolekcje. Wśród zawału pracy nad samo-rozwijaniem się, (dzięki któremu będziemy mogli lepiej posługiwać, w tym wymiarze, w Naszej Wspólnocie). miałem dość czasu by chwile odsapnąć i zacieśnić dobre relacje z innymi Animatorami :P
Siódme dziękczynienie kieruje do Pana za chorobę. A dokładniej za to, że złapała mnie w dniu wyjazdu i nie straciłem żadnego z tych świetnych dni, które dał mi Bóg.
Po siedmiokroć dziękuje Panu za kolejny dar, którym mnie obdarował.
(Jeśli znajde czas i siły to pokoloruje tę notkę)
Dostałem Większe owoce niźli bym mógł się spodziewać. Dziękuje za to Panu, bo widzę cóż dla mnie uczynił.
Pierwsze me dziękczynienie składam za naszą grupkę (w której spełniam aktualnie posługę animatora). Nie spodziewałem się, że chłopaki aż tak się otworzą na spotkaniach. Ba! Na spotkaniach… Jeśli chodzi o otwarcie na resztę wspólnoty, to też mile mnie Bóg zaskoczył, chłonnością świata w umysłach i sercach, tych młodych ludzi. Widząc na jakie tematy mogliśmy pogadać na spotkaniach, jeszcze radość potrafiła przebić się przez moje zdumienie. Kiedy zobaczyłem, jak ciężko mi czasem było ich ściągnąć na cisze nocną do pokojów, ze względu na prowadzone przez nich rozmowy z ludźmi… Zaskoczenie zaćmiło z początku moją (i tak ograniczoną) logikę.
Drugie dziękczynienie ofiarowuje za ludzi ze wspólnoty. Tych, którym pomogłem i tych, którzy mi pomogli. Tych, których poznałem jak i tych, z którymi dane mi było się tylko zapoznać. Tych, z którymi podzieliłem smutek i tych, z którymi pomnażałem radość. Tych wszystkich, których miałem możliwość odkrywania na Rekolekcjach i tych, z którymi zacieśniałem stosunki na formacji Animatorów.
Istotnie wiem, że we Wrocławiu mieliśmy niedawno kryzys, gdy chodzi o ludzi. Tak jest zawsze gdy odejdzie parę fundamentalnych „mamutów”, gdy zbliża się czas, że duże i aktywne pokolenie, będzie musiało odejść ze wspólnoty. Słyszałem zawodzenia nie tylko we własnym mieście, lecz z wielu innych miejsc w Polsce; „Wymieramy.” Powiem więcej… gdzieniegdzie dalej słyszę takie lamenty. Po tych rekolekcjach wiem. Nasz Pan, który rękami Ojców Jezuitów zbudował tą wspólnotę, Nasz Bóg, który w sercach wielu młodych ludzi zasadził ziarna, o korzeniach lepszych niż niejeden ma baobab, Przyjaciel Nasz, Brat, Ojciec i Pocieszyciel (który umacnia), Nie odda tak łatwo swego dzieła na ofiarę samotnym ogniom próżnej pustyni. Nie opuści Nas.
Ufajmy więc Jego słowom, a nie ześle na nasze barki tego, czego nie dalibyśmy rady unieść.
Trzecie dziękczynienie oddaje, za Pomoc mego Pana gdym go o Nią prosił.
Zdarzyło się tak, że na rekolekcjach mieliśmy nabożeństwo wieczorne. Na tym nabożeństwie czterech animatorów powiedzieć miało świadectwo. Świadectwo o Bogu w ich życiu. Jednym z tychże animatorów byłem ja. Kiedy bym nie mówił świadectwa, zawsze animatorzy z mego rodzinnego miasta, powtarzają mi bym mówił krótko. Tak też i teraz słyszałem, że mam mówić 5 minut. Potem powiedziano mi, iż mówić mam minut 3. Podobno mówiłem 13 :D
W każdym razie jedyne moje przygotowanie do tego świadectwa polegało na tym, że wspomniałem sobie o trzech rzeczach (sytuacjach, wydarzeniach), o których chciałem opowiedzieć. Niby dobrze. Nigdy nie mówiłem nie-spontanicznego świadectwa (bo przecież powiedział Pan; „[Wtedy] Ja będę z Tobą, będziesz wiedział co masz mówić […]”). Tylko nie wiem dlaczego, tego wieczoru podczas modlitwy przed Świadectwami, (i trochę podczas świadectw też) zjadał mnie stres. Co chwile przychodziło mi do głowy naśmiewanie się złego; „Jesteś sam”, „nic nie powiesz, już moja w tym głowa”, „idź… idź… a ja poklepie stres po brzuszku jak już się naje…”.
Wiem, że teraz to głupio brzmi, ale wtedy nie miałem czasu zwerbalizować sobie myśli. Wtedy brzmiało to… „poważnie”. Powiem Wam bracia i Siostry, że z początku się zląkłem. Na szczęście nie byłem sam. Jasne było ciemno dosyć, a ja siedziałem w odosobnieniu, lecz obok mnie siedział Pan mój, gotów do walki o mnie gdym tylko wyszeptał; „Sam nie mam szans”. Wyszedłem, otworzyłem umysł i otworzyłem usta. Pan wysłuchał mej modlitwy, i zasiał owoce na glebie, którą poszedłem uprawiać.
Było kilka osób, które zdobyły się na odwagę podejść do mnie i „pokazać owoc świadectwa”. Kilku ludzi, którzy podeszli i odsłaniając kawałek swojego życiorysu, powiedzieli co chcą zmienić w przyszłych jego aktach i scenach. Powiedzieli, i pytali jak… Pytali i szukali odpowiedzi.
Czwarte dziękczynienie zanoszę za Przyjaciela i za to, że uzdrowił Pan moje „postrzeganie Go”.
Wciąż, boje się nazywać zbyt wiele osób Przyjaciółmi bo słowo to ma dla mnie srogie znaczenie. Znaczenie tego słowa już tłumaczyłem lub tłumaczyć będę, lecz nie w tej notce gdyż, wtedy już o wiele większa byłaby liczba ludzi, którzy nie daliby rady doczytać tych słów do końca. Wiedzcie jednak, że boje się nadużywać tego słowa.
Mój Przyjaciel, na tych rekolekcjach strasznie deprawował mi grupkę. Bardzo mnie to denerwowało. Zwróciłem mu uwagę. Nie podziałało jakimś trwałym efektem.
Miałem już iść do Niego i powiedzieć: „Weź kurna zmień swoje zachowanie albo wypierdzielaj z tych rekolekcji bo niszczysz to co tu się buduje.”
W drodze złapał mnie ktoś i zwrócił uwagę: „Czemu to zdenerwowany jesteś, gdy Twój Przyjaciel ‘płonie’ ?”
„Ale, że co?”
„Nie udawaj. Widzisz chyba, że cos jest nie tak z Nim.”
Tak, tak… Ja. Taki „wierny Przyjaciel”, a w trudnych chwilach zamiast wesprzeć Go, zacząłem opieprzać. Kiedy poszedłem do pokoju już spał. Chyba zmogła go choroba czy coś. Na szczęście udało mi się to wszystko naprawić na nabożeństwie.
Dziękuje Panu za to, że dał mi z tej próby wyjść zwycięsko. Za to, żem nie stracił Przyjaciela.
Piąte dziękczynienie zanoszę za rozmowę z pewną Niewiastą. Związany przysięgą, przemilczę treść, temat i osobę z którą rozmawiałem. Zostałem jednak uwolniony od czegoś, a w zamian dowiedziałem się o pewnych rzeczach, których nie zauważałem, lecz których żałuje.
Szóste me dziękczynienie jest związane z Fanem (Formacją Animatorów). Po rekolekcjach zostaliśmy (większość animatorów) na parę dni w ośrodku, gdzie mieliśmy wcześniej rekolekcje. Wśród zawału pracy nad samo-rozwijaniem się, (dzięki któremu będziemy mogli lepiej posługiwać, w tym wymiarze, w Naszej Wspólnocie). miałem dość czasu by chwile odsapnąć i zacieśnić dobre relacje z innymi Animatorami :P
Siódme dziękczynienie kieruje do Pana za chorobę. A dokładniej za to, że złapała mnie w dniu wyjazdu i nie straciłem żadnego z tych świetnych dni, które dał mi Bóg.
Po siedmiokroć dziękuje Panu za kolejny dar, którym mnie obdarował.
(Jeśli znajde czas i siły to pokoloruje tę notkę)
poniedziałek, 19 stycznia 2009
Rekolekcje
Dwa wieczory na sesjach RPG i dziś z rana wyjazd na rekolekcje i Fan :]
Przedemną siede, radosnych dni, gdzie mam szanse się MAGIS rozwinąć.
Dlatego też przez najbliższy tydzień notek nie będzie. (Jakby to była jakaś nowość.)
a tu jest link do jednego z opisów sesji ;]
link
Przedemną siede, radosnych dni, gdzie mam szanse się MAGIS rozwinąć.
Dlatego też przez najbliższy tydzień notek nie będzie. (Jakby to była jakaś nowość.)
a tu jest link do jednego z opisów sesji ;]
link
piątek, 16 stycznia 2009
Muzyka i nieudany plan.
Tak... Dziś kolęda... Mało czasu na pisanie zostało. Zaraz Nocka RPG.
Ostatnimi czasy zacząłem grać troszkę na klawiszach (czasem w Kościele, po wieczornej Mszy w Niedziele, podkradne się do bardzo starego fortepianu, a czasem w domu zagram, bo udało mi się przywrócić do funkcjonalności stary keyboard). Trochę grałem ze słuchu (o dziwo dobrze) a później trochę z nut. Teraz widze jednak, że najprawdopodobniej nie dam rady, nauczyć się, grać akordy lewą ręką, gdy skupić się muszę na prawej. To zabiło moje szanse gdym uczył się gry na gitarze, Zobaczymy teraz. Choć i tak przybliża się do mnie instrument, na któym najbardziej chciałem grać... Djembe [czyt. Dżamba] (Taki bębenek kojarzony z afryką).
Jednak niezadowolony jestm z siebie z innego powodu... Nie wykonałem zadania, którem przed sobą postawił na dziś. Trochę mi to skomplikowało różne plany... ale jak mawiał mi kiedyś Przyjaciel "Wstrzymaj konia Wojowniku"
Ostatnimi czasy zacząłem grać troszkę na klawiszach (czasem w Kościele, po wieczornej Mszy w Niedziele, podkradne się do bardzo starego fortepianu, a czasem w domu zagram, bo udało mi się przywrócić do funkcjonalności stary keyboard). Trochę grałem ze słuchu (o dziwo dobrze) a później trochę z nut. Teraz widze jednak, że najprawdopodobniej nie dam rady, nauczyć się, grać akordy lewą ręką, gdy skupić się muszę na prawej. To zabiło moje szanse gdym uczył się gry na gitarze, Zobaczymy teraz. Choć i tak przybliża się do mnie instrument, na któym najbardziej chciałem grać... Djembe [czyt. Dżamba] (Taki bębenek kojarzony z afryką).
Jednak niezadowolony jestm z siebie z innego powodu... Nie wykonałem zadania, którem przed sobą postawił na dziś. Trochę mi to skomplikowało różne plany... ale jak mawiał mi kiedyś Przyjaciel "Wstrzymaj konia Wojowniku"
Przyjaciel | Rower
Cóż… zapuściłem trochę tego Bloga… Racja i od Tego zacznę w drugim Akapicie ;P
Jednak najpierw to co bardziej „leży mi na wątrobie” i o czym od paru dni pragnę napisać…
Odzyskałem Przyjaciela.
Przyszedł do mnie sam. Powiedział: „Czucz cos się między Nami spieprzyło, przez ostatni czas.” Nie dopowiadałem już, że ostatni czas trwał jakieś pół roku. Jestem cholernie szczęśliwy, że wreszcie to zauważył. Jestem szczęśliwy, że postanowiliśmy to zreperować. Ale to dalej nie koniec Walki o Przyjaciela. Wiem, że Jego najlepsi kumple wciąż będą go wołać. Wiem, że „Leń” i „Al K.” nie odpuszczą mu tak łatwo. Wiem… Mogę walczyć. Będę walczyć. Ale tylko do Niego należeć będą wybory między Przyjacielem a tymi kumplami.
Nie pisywałem ostatnio na Blogu. Dlaczego? Bo trwa kolęda (jutro się kończy).
Zdarzało mi sienie być przy kompie w ogóle. Ale nie zdarzało mi się być aktywnie przy kompie na dość by napisać coś tu.
O tym jeszcze coś może uda mi się jutro dopisać ;]
Ostatnią dziś poruszaną sprawą jest mój rower. Do dziś wiernie mi służył podczas wędrówek przez śnieżne drogi. Jednak od wczoraj wydawał dziwny dźwięk i strasznie hamował każdy ruch koła… Dziś doprosił się rehabilitacji (muszę go zanieść do Warsztatu czy czegoś takiego i oddać w ręce fachowca od naprawy). Mam nadzieje, że to jeszcze nie jest dla niego emerytura. Mam też nadzieje, że ów mechanik nie wyda mu zaświadczenia o trwałym kalectwie, jak to było w przypadku jego poprzednika. „Taniej Panu będzie kupić nowy rower niż naprawić ten.”
Dobrej Nocy Bracia i Siostry.
Jednak najpierw to co bardziej „leży mi na wątrobie” i o czym od paru dni pragnę napisać…
Odzyskałem Przyjaciela.
Przyszedł do mnie sam. Powiedział: „Czucz cos się między Nami spieprzyło, przez ostatni czas.” Nie dopowiadałem już, że ostatni czas trwał jakieś pół roku. Jestem cholernie szczęśliwy, że wreszcie to zauważył. Jestem szczęśliwy, że postanowiliśmy to zreperować. Ale to dalej nie koniec Walki o Przyjaciela. Wiem, że Jego najlepsi kumple wciąż będą go wołać. Wiem, że „Leń” i „Al K.” nie odpuszczą mu tak łatwo. Wiem… Mogę walczyć. Będę walczyć. Ale tylko do Niego należeć będą wybory między Przyjacielem a tymi kumplami.
Nie pisywałem ostatnio na Blogu. Dlaczego? Bo trwa kolęda (jutro się kończy).
Zdarzało mi sienie być przy kompie w ogóle. Ale nie zdarzało mi się być aktywnie przy kompie na dość by napisać coś tu.
O tym jeszcze coś może uda mi się jutro dopisać ;]
Ostatnią dziś poruszaną sprawą jest mój rower. Do dziś wiernie mi służył podczas wędrówek przez śnieżne drogi. Jednak od wczoraj wydawał dziwny dźwięk i strasznie hamował każdy ruch koła… Dziś doprosił się rehabilitacji (muszę go zanieść do Warsztatu czy czegoś takiego i oddać w ręce fachowca od naprawy). Mam nadzieje, że to jeszcze nie jest dla niego emerytura. Mam też nadzieje, że ów mechanik nie wyda mu zaświadczenia o trwałym kalectwie, jak to było w przypadku jego poprzednika. „Taniej Panu będzie kupić nowy rower niż naprawić ten.”
Dobrej Nocy Bracia i Siostry.
piątek, 9 stycznia 2009
Bajka z rymem
Chciałem napisać, że rzucę tu jeszcze dwa smuty, a potem będą ferie i Rekolekcje i „Cud, miód i orzeszki”.
Jednak dwie notki, które niejako już zapowiedziałem nie będą tyle smutami co pewnymi radykalnymi decyzjami. Nad jedną z tych spraw rozmyślam już ponad dwa lata, nad drugą jakieś pół roku.
A na razie póki nie ma nic to będzie dalszy skrawek bajki:
„I podróżuje ów Rycerz przez wielki kraj,
Wiele zamków, warowni mijając
I wie, że nie spocznie bo, aj aj aj,
Serce będzie Go trudzić szukając.
Może Piękna gdzieś czeka w oddali…gdzieś tam…
Może skrywa się za najbliższym mu murem…
A może w ogóle Jej nie ma... i będzie On sam,
By przed Królem powiedzieć „wytrwałem”…
Nie może wiedzieć tego On,
Nie wiedzą i Królewscy słudzy.
Czekają Mury, i trudny ton…
Niepewności co boli jak Fosy.”
Jednak dwie notki, które niejako już zapowiedziałem nie będą tyle smutami co pewnymi radykalnymi decyzjami. Nad jedną z tych spraw rozmyślam już ponad dwa lata, nad drugą jakieś pół roku.
A na razie póki nie ma nic to będzie dalszy skrawek bajki:
„I podróżuje ów Rycerz przez wielki kraj,
Wiele zamków, warowni mijając
I wie, że nie spocznie bo, aj aj aj,
Serce będzie Go trudzić szukając.
Może Piękna gdzieś czeka w oddali…gdzieś tam…
Może skrywa się za najbliższym mu murem…
A może w ogóle Jej nie ma... i będzie On sam,
By przed Królem powiedzieć „wytrwałem”…
Nie może wiedzieć tego On,
Nie wiedzą i Królewscy słudzy.
Czekają Mury, i trudny ton…
Niepewności co boli jak Fosy.”
wtorek, 6 stycznia 2009
Dzień codzienny
Aż dziwne, że nie miałem czasu napisać notki wcześniej. Cóż, wczoraj po przerwie Świątecznej wróciłem do szkoły. Dziś po wczorajszym bytowaniu w szkole musiałem pozostać w domu ^^.
Niby nic takiego, trochę opuchł mi palec po Wfie ;D, ale mimo tego matka moja zadecydowała, że dziś do szkoły nie idę. Skłamałbym pisząc, że protestowałem :]
Co prawda wczoraj, byłem na odprawie Animatorów, a dziś idę na 20-tkę (Msza młodzieżowa w Parafii), ale i tak czuje niedogodności w poruszaniu się z owym palcem (choć pewnie lepiej mi z Nim niż bez Niego :P ).
Niestety, przez ten palec, wynik nowej zimowej rundy wyścigów z autobusami w drodze ze szkoły zaczął się dość nieciekawie 2:1.
Rano odnalazłem tylko jeden autobus za plecami, a za to powrotna droga (obarczona słabszą wydajnością lewej nogi) okazała się porażką z aż dwoma cudami technologii MPK ;]
Jedno co mnie w tym wszystkim ucieszyło to te pozytywne opinie ludzi gdy wychodzili ze szkoły i widzieli jak odpinam rower („Ale zj*b”, „No kur*a idiota”, „patrzcie na szajbusa” itp.).
To taka moja „codzienność”.
Niby nic takiego, trochę opuchł mi palec po Wfie ;D, ale mimo tego matka moja zadecydowała, że dziś do szkoły nie idę. Skłamałbym pisząc, że protestowałem :]
Co prawda wczoraj, byłem na odprawie Animatorów, a dziś idę na 20-tkę (Msza młodzieżowa w Parafii), ale i tak czuje niedogodności w poruszaniu się z owym palcem (choć pewnie lepiej mi z Nim niż bez Niego :P ).
Niestety, przez ten palec, wynik nowej zimowej rundy wyścigów z autobusami w drodze ze szkoły zaczął się dość nieciekawie 2:1.
Rano odnalazłem tylko jeden autobus za plecami, a za to powrotna droga (obarczona słabszą wydajnością lewej nogi) okazała się porażką z aż dwoma cudami technologii MPK ;]
Jedno co mnie w tym wszystkim ucieszyło to te pozytywne opinie ludzi gdy wychodzili ze szkoły i widzieli jak odpinam rower („Ale zj*b”, „No kur*a idiota”, „patrzcie na szajbusa” itp.).
To taka moja „codzienność”.
czwartek, 1 stycznia 2009
2009 i przemyślenia
Mówiłem już kiedyś, że nie czaje zwyczaju składania życzeń Noworocznych? Właściwie to nie do końca rozumiem jako takie „Święto”. Ludzie się emocjonują, że zmienia się cyferka w kalendarzu, wyrzucają w powietrze parę ton prochu, piją, rozświetlają miasta, straszą zwierzęta, paraliżują sieci telefoniczne, (niektórzy) tańczą, (a jeszcze inni) „balują” na swoje własne sposoby. No ok. typowe zachowanie dla tego gatunku istot. Ale czemu świętujemy skoki cyferek? Ok. Święto jako takie wprowadził Papież Sylwester II. Że biba na całym świecie, to można wyjaśnić, bo „każdy powód jest dobry do zabawy” (twierdzenie wielu społeczeństw). Ale skąd wzięły się ŻYCZENIA Nowo-roczne?
Nie zrozumcie mnie źle. Nie mówię, że nie podoba mi się zwyczaj błogosławienia ludziom (tłumacząc dosłownie: „Życzenia ludziom dobrze”), nie chodzi mi o to (szczególnie jeśli ma to większy sens i płynie z własnych myśli i emocji), bardziej poruszam tu sens tego zjawiska. Ok. na Boże narodzenie, życzę ludziom czegoś bo wierze, że On może to sprawić. A tu?
Dużo ludzi powie: „Ale wyrażamy tymi życzeniami pamięć o bliskich”. No to gratuluje tym co dwa lub trzy razy w roku przypominają sobie, że mają: Matkę/Ojca/Siostrę/Brata/Żonę/Męża/Babcie/Dziadka (nieaktualne/nie pasujące skreślić).
Dobra, teraz kiedy już wyjaśniłem dlaczego w ponad 70% przypadków nie rozumiem zwyczaju życzeń, w które ludzie nie wkładają, takiego impulsu emocji i wiary, teraz mogę opowiadać dalej.
Ostatnimi czasy dostałem wiele życzeń. Wspomnę o tych, które z jakiegoś powodu pozostały mi w pamięci.
Pierwsza grupa życzeń to te, które miały sens. Napisało mi je kilka osób o których wiem, że zawsze myślą (czytaj nigdy nie są „tłumem”). Takie życzenia dostałem na przykład od kumpeli z klasy, pewnego leciwego Jezuity i Pewnego Animatora.
Takie też życzenia dostałem od pewnego Przyjaciela (jak już pisałem caoraz ciężej mi używać tego słowa), po którym nie miałem szans spodziewać się, takiego rodzaju „Wyjścia ze schematów”.
Drugą grupą są właśnie życzenia od ludzi, po których nie spodziewałem się tego, że w ich umysłach jeszcze istnieje. Jedne miały większy sens, inne mniejszy. Jedne były bardziej oryginalne, inne mniej. Ale wagę ich bardziej podkreślali adresaci, niż treść. Przykład?
Wszedłem jakiś czas temu na portal internetowy (który swoją drogą gromadzi rzeszę ludzi) i znalazłem tam właśnie życzenia od ludzi z bardzo różnych dziedzin i okresów mojego życia (Ludzie z Kłodzka, z Liceum, z Podstawówki, z ekipy „teatralnej”, z Gimnazjum, z klasy w Liceum). Niby nic specjalnego, ale ciekawy jest fakt, że w dużej mierze byli to ludzie, po których się nie spodziewałem większych oznak pamięci.
Trzecia rzecz.
To właściwie nie tyle życzenia co świadectwo… dostałem je trochę temu, ale w ostatnim okresie jest jedną z tych najmilszych informacji:
” witam:) od paru tygodni jestem stałym czytelnikiem Twojego bloga. chciała bym Ci podziękować za to Twoje pisanie. naprawde miłe to i budujące niezmiernie widzieć, że są jeszcze ludzie, którzy tak odwaznie, szczerze i otwarcie potrafią wyrazac swoje myśli i poglądy :) świadomy zła tego świata, jednoczesnie chłoniesz całe jego piekno :) piszesz, że chcessz pomagać innym, otóz mi właśni pomogłeś w paru kwestiach, za co szczerze Ci dziekuje :) oby tak dalej!”
Mam nadzieje, się Autorka nie obrazi za cytat ale przyznam, pozytywnie mnie natchnął taki komentarz ;]
Jeszcze jedna rzecz, którą poruszę. Otóż jakiś czas temu wyprawiłem się do Przyjaciela i przed wejściem do domu Jego widziałem, jak wraz z częścią naszej ekipy, bombardowali ogródek pod blokiem, za pomocą „małych petard” (właściwie to więcej w tym hałasu niż efektu wizualnego, ale są gusta i guściki). Miałem coś do załatwienia więc wszedłem, jednak wychodząc powiedziałem im „dobrej zabawy dzieci”.
Dziś spotkałem dzieciaki po drodze do Kościoła. (Swoją drogą już nie wołają na mnie: „Szatan!", "Śmierć!", "Kostucha!", "Mnich!” :P A niektóre nawet mówią mi „cześć”). Dzieci te też bawiły się „małymi petardami”. Z początku chciałem je opieprzyć, że zachowują się jak dzieci… ale doszło do mnie w porę, że w sumie mają prawo chyba :P
Kiedy wracałem do domu znów spotkałem te dzieciaki, podeszły do mnie i pytały czy mam zapałki bo już trzy pudełka wykorzystali i nie mają czym odpalać. Nie miałem, ale przypomniałem sobie o tej beztrosce, którą dzieci posiadają. Miłe wspomnienie.
Nie zrozumcie mnie źle. Nie mówię, że nie podoba mi się zwyczaj błogosławienia ludziom (tłumacząc dosłownie: „Życzenia ludziom dobrze”), nie chodzi mi o to (szczególnie jeśli ma to większy sens i płynie z własnych myśli i emocji), bardziej poruszam tu sens tego zjawiska. Ok. na Boże narodzenie, życzę ludziom czegoś bo wierze, że On może to sprawić. A tu?
Dużo ludzi powie: „Ale wyrażamy tymi życzeniami pamięć o bliskich”. No to gratuluje tym co dwa lub trzy razy w roku przypominają sobie, że mają: Matkę/Ojca/Siostrę/Brata/Żonę/Męża/Babcie/Dziadka (nieaktualne/nie pasujące skreślić).
Dobra, teraz kiedy już wyjaśniłem dlaczego w ponad 70% przypadków nie rozumiem zwyczaju życzeń, w które ludzie nie wkładają, takiego impulsu emocji i wiary, teraz mogę opowiadać dalej.
Ostatnimi czasy dostałem wiele życzeń. Wspomnę o tych, które z jakiegoś powodu pozostały mi w pamięci.
Pierwsza grupa życzeń to te, które miały sens. Napisało mi je kilka osób o których wiem, że zawsze myślą (czytaj nigdy nie są „tłumem”). Takie życzenia dostałem na przykład od kumpeli z klasy, pewnego leciwego Jezuity i Pewnego Animatora.
Takie też życzenia dostałem od pewnego Przyjaciela (jak już pisałem caoraz ciężej mi używać tego słowa), po którym nie miałem szans spodziewać się, takiego rodzaju „Wyjścia ze schematów”.
Drugą grupą są właśnie życzenia od ludzi, po których nie spodziewałem się tego, że w ich umysłach jeszcze istnieje. Jedne miały większy sens, inne mniejszy. Jedne były bardziej oryginalne, inne mniej. Ale wagę ich bardziej podkreślali adresaci, niż treść. Przykład?
Wszedłem jakiś czas temu na portal internetowy (który swoją drogą gromadzi rzeszę ludzi) i znalazłem tam właśnie życzenia od ludzi z bardzo różnych dziedzin i okresów mojego życia (Ludzie z Kłodzka, z Liceum, z Podstawówki, z ekipy „teatralnej”, z Gimnazjum, z klasy w Liceum). Niby nic specjalnego, ale ciekawy jest fakt, że w dużej mierze byli to ludzie, po których się nie spodziewałem większych oznak pamięci.
Trzecia rzecz.
To właściwie nie tyle życzenia co świadectwo… dostałem je trochę temu, ale w ostatnim okresie jest jedną z tych najmilszych informacji:
” witam:) od paru tygodni jestem stałym czytelnikiem Twojego bloga. chciała bym Ci podziękować za to Twoje pisanie. naprawde miłe to i budujące niezmiernie widzieć, że są jeszcze ludzie, którzy tak odwaznie, szczerze i otwarcie potrafią wyrazac swoje myśli i poglądy :) świadomy zła tego świata, jednoczesnie chłoniesz całe jego piekno :) piszesz, że chcessz pomagać innym, otóz mi właśni pomogłeś w paru kwestiach, za co szczerze Ci dziekuje :) oby tak dalej!”
Mam nadzieje, się Autorka nie obrazi za cytat ale przyznam, pozytywnie mnie natchnął taki komentarz ;]
Jeszcze jedna rzecz, którą poruszę. Otóż jakiś czas temu wyprawiłem się do Przyjaciela i przed wejściem do domu Jego widziałem, jak wraz z częścią naszej ekipy, bombardowali ogródek pod blokiem, za pomocą „małych petard” (właściwie to więcej w tym hałasu niż efektu wizualnego, ale są gusta i guściki). Miałem coś do załatwienia więc wszedłem, jednak wychodząc powiedziałem im „dobrej zabawy dzieci”.
Dziś spotkałem dzieciaki po drodze do Kościoła. (Swoją drogą już nie wołają na mnie: „Szatan!", "Śmierć!", "Kostucha!", "Mnich!” :P A niektóre nawet mówią mi „cześć”). Dzieci te też bawiły się „małymi petardami”. Z początku chciałem je opieprzyć, że zachowują się jak dzieci… ale doszło do mnie w porę, że w sumie mają prawo chyba :P
Kiedy wracałem do domu znów spotkałem te dzieciaki, podeszły do mnie i pytały czy mam zapałki bo już trzy pudełka wykorzystali i nie mają czym odpalać. Nie miałem, ale przypomniałem sobie o tej beztrosce, którą dzieci posiadają. Miłe wspomnienie.
wtorek, 30 grudnia 2008
"Hej kolęda, kooolęda."
Sporo notek poszło się grzać przez ten mój brak czasu… tę dzisiejszą postanowiłem jednak spisać, gdyż trochę mnie męczyło dziś pewne wydarzenie.
Otóż musicie wiedzieć, iż należę do Liturgicznej Służby Ołtarza (czytaj: jestem Ministrantem) i w związku z tym gdy nadchodzi zimowy okres odwiedzin duszpasterskich, „chodzę po kolędzie”, zapowiadając księdza w dzień poprzedzający wizytę i prowadzę go do domostw chcących go przyjąć w dniu „kolędy”. Tak więc zdarzyło się w tym roku, że zadanie to wypełnialiśmy wraz z FlugsSem (Człowiekiem, o którym dość już pisałem we wcześniejszych notkach). Prawdą jest, że czasem, niektórzy ludzie, widząc jaki trud wkładają ministranci w tą służbę, dają im małe „datki” do ręki. (W końcu piękny zwyczaj tych odwiedzin, który ma dużo pozytywnych aspektów, wywodzi się z niechlubnego zwyczaju zbierania dziesięciny.) Istotnie w (szacując) w jakiś 80% jest to główna motywacja dzisiejszych ministrantów by w ogóle w tejże kolędzie uczestniczyć. Otóż wraz ze wspomnianym Przyjacielem (z dnia na dzień ostrożniej używam w świecie tego słowa „Przyjaciel”… Trzeba pamiętać, że jesteśmy odpowiedzialni za to co „oswoimy”), dostaliśmy miejsce dość… hm… nieciekawe pod względem atmosfery. Dawno już mieliśmy zatargi z częścią tamtejszej młodzieży, gdy zaś pukaliśmy z drzwi do drzwi nie było niczym dziwnym wśród sąsiadów, że… „Ten to jest w szpitalu Psychiatrycznym, bo go zabrali jak[...]”, „Tam nie ma co pukać, bo syn matkę zabił a Ojciec wyjechał…”itp. W tak „nieciekawym” miejscu mieliśmy iść wieczorem z Klerykiem. Służba to służba… Prefekt mówi idź to idę, ale jednak towarzysz mój wśród narzekań uknuł plan by Tadziowi swój udział odsprzedać za 30% zysków… (nie pytajcie, to nie mój pomysł). Ostatecznie Tadzik wieczorem się zgodził. Rano (no dobra dla mnie to było rano, jak nie chodzę do szkoły), a dokładniej po odprowadzeniu na rynek Gościa z Kłodzka, zadzwonił do mnie telefon. Odezwał się FlugsS (bo któż inny by do mnie dzwonił) i powiedział:
Otóż musicie wiedzieć, iż należę do Liturgicznej Służby Ołtarza (czytaj: jestem Ministrantem) i w związku z tym gdy nadchodzi zimowy okres odwiedzin duszpasterskich, „chodzę po kolędzie”, zapowiadając księdza w dzień poprzedzający wizytę i prowadzę go do domostw chcących go przyjąć w dniu „kolędy”. Tak więc zdarzyło się w tym roku, że zadanie to wypełnialiśmy wraz z FlugsSem (Człowiekiem, o którym dość już pisałem we wcześniejszych notkach). Prawdą jest, że czasem, niektórzy ludzie, widząc jaki trud wkładają ministranci w tą służbę, dają im małe „datki” do ręki. (W końcu piękny zwyczaj tych odwiedzin, który ma dużo pozytywnych aspektów, wywodzi się z niechlubnego zwyczaju zbierania dziesięciny.) Istotnie w (szacując) w jakiś 80% jest to główna motywacja dzisiejszych ministrantów by w ogóle w tejże kolędzie uczestniczyć. Otóż wraz ze wspomnianym Przyjacielem (z dnia na dzień ostrożniej używam w świecie tego słowa „Przyjaciel”… Trzeba pamiętać, że jesteśmy odpowiedzialni za to co „oswoimy”), dostaliśmy miejsce dość… hm… nieciekawe pod względem atmosfery. Dawno już mieliśmy zatargi z częścią tamtejszej młodzieży, gdy zaś pukaliśmy z drzwi do drzwi nie było niczym dziwnym wśród sąsiadów, że… „Ten to jest w szpitalu Psychiatrycznym, bo go zabrali jak[...]”, „Tam nie ma co pukać, bo syn matkę zabił a Ojciec wyjechał…”itp. W tak „nieciekawym” miejscu mieliśmy iść wieczorem z Klerykiem. Służba to służba… Prefekt mówi idź to idę, ale jednak towarzysz mój wśród narzekań uknuł plan by Tadziowi swój udział odsprzedać za 30% zysków… (nie pytajcie, to nie mój pomysł). Ostatecznie Tadzik wieczorem się zgodził. Rano (no dobra dla mnie to było rano, jak nie chodzę do szkoły), a dokładniej po odprowadzeniu na rynek Gościa z Kłodzka, zadzwonił do mnie telefon. Odezwał się FlugsS (bo któż inny by do mnie dzwonił) i powiedział:
-Sprzedałem tamtą kolędę.
-No wiem mówiłeś wczoraj.
-Nie komu innemu. I to obaj nie musimy iść.
- A Tadzik?
-Tadek mi rano powiedział żebym się j*bał.
-No to porządku…
Problem cały w tym że kiedy wiedziałem już, że na tą kolędę mają iść dwie „dziewuszki” nie zareagowałem. jedyne co zrobiłem to umyłem ręce. Zapytałem FlugsSa dwa razy Czy bierze za tą transakcje na siebie 100% odpowiedzialności moralnej i prawnej. Zgodził się.
-No wiem mówiłeś wczoraj.
-Nie komu innemu. I to obaj nie musimy iść.
- A Tadzik?
-Tadek mi rano powiedział żebym się j*bał.
-No to porządku…
Problem cały w tym że kiedy wiedziałem już, że na tą kolędę mają iść dwie „dziewuszki” nie zareagowałem. jedyne co zrobiłem to umyłem ręce. Zapytałem FlugsSa dwa razy Czy bierze za tą transakcje na siebie 100% odpowiedzialności moralnej i prawnej. Zgodził się.
ZACHOWAŁEM SIĘ JAK PIŁAT.
Pozwoliłem na to by sprawy, które śmierdzą przeszły za moimi plecami.
Później męczyło mnie z tego powodu sumienie… Pan mój jednak nie zostawił mnie w potrzebie i zesłał na mnie Ducha swego Pocieszyciela.
Teraz pozostawiam tą sprawę Wam bracia i siostry, niech wasze umysły opowiedzą się czy moje zachowanie było dobre czy złe… nie musicie mówić… oceńcie i zatrzymajcie jako przestrogę, lub olejcie notkę tę.
AD MAIOREM DEI GLORIAM.
środa, 24 grudnia 2008
Biba o północy ;]
Pierwsze co to zapraszam Was na BIBE. Mój Przyjaciel ma dziś urodziny i o północy w domu robi impreze ;]
WESOŁYCH BOŻYCH URODZIN
Po drugie...
WESOŁYCH BOŻYCH URODZIN
BRACIA I SIOSTRY.
poniedziałek, 22 grudnia 2008
PRZYGODA ;]
Ostatnimi czasy, a dokładniej w ostatnią sobotę, w Opolu odbyło się zebranie animatorów MAGISu z 3 miast: Opole, Kłodzko, Wrocław.
Byłem jednym z dwóch delegatów Wrocławskich, a tematem spotkania były: "Rekolekcje Zimowe".
Pomyślałem sobie: "O Fajnie! Odwiedzę znajomych w Opolu." lecz później górę wzięły we mnie zapędy do przygody i podróży... pomyślałem: "Mogę odwiedzić również duszyczki w Gliwicach i Bytomiu”.
Ruszyłem więc…
Spodziewałem się, że ta (jak to ktoś nazwał) „Większa Odprawa” w Opolu potrwa 4- 4,5 godziny.
Przeliczyłem się… Zakończyliśmy „odprawę” około godziny 17, a zaczęliśmy przecie o 10.
Muszę przyznać, że wypad do Bytomia był dla mnie „wyzwaniem”… Nie wiedziałem gdzie będę spać, byłem chory, było późno i miałem moralny dylemat czy mogę puścić Angi samą do Wrocka o tej godzinie. Ale właśnie te przeciwności uczyniły wyjazd PRZYGODĄ.
Pociąg (który był z kolei pierwszym z brzegu) miał opóźnienie. Przez całą niemal podróż towarzyszyła mi troskliwość (a raczej poczucie troski) dwóch pięknych Bytomskich Niewiast. Dlatego też po wyjściu z pociągu w Gliwicach ruszyłem na przystanek autobusowy do Bytomia. Jeździ tam jeden Autobus, raz na godzinę, pojechał 4 minuty po moim przybyciu. 10 minut przed 22 wysiadłem w Bytomiu na przystanku autobusowym. Powitała mnie znajoma z tegoż miasta. Następnym razem muszę unikać „powitań” na środku ulicy, bo gdyby ktoś nie zauważył tego autobusu za Nami byłby problem :P
W ciągu pięciu minut „poznałem” Maćka i dowiedziałem się, że idę z Nim na imprezę… moją dezorientacje przerwało wyjaśnienie i sugestia, że to jest „nocleg” i nie powinienem odmawiać. Poszedłem na tę imprezę sam z Maćkiem zaś dziewczyna, która mnie powitała musiała już do domu znikać. Zanim doszliśmy do domostwa na tą bibę odwiedziliśmy z Maćkiem po drodze, dwa puby w których widział swych kumpli. Impreza była… hm była to parapetówa ekipy metali. Właściwie to oprócz czarnego stroju i długich włosów, to byłem tam „idealnie nie na miejscu”. Coś jak majonez w zupie mlecznej. Kolor ten sam i naczynie nie jest złe… i na tym się kończy.
Pomimo początkowych rozterek Krzyż MAGISowy pozostał na klacie (na wierzchu). Przyznam, że atmosfera była miła, poznałem paru ciekawych ludzi… Ciekawe jest to, że wielu moich znajomych skakałoby ze szczęścia trafiając za free na Bibę gdzie co chwila ktoś proponuje Ci Alkohol (różne browce, drinki, wódki), szlugi, skręty, lub (jak to określali) „szałwie”.
Jestem szczęśliwy… oparłem się! ;]
Kiedy powiedziałem, że nie pije, powiedzieli: „Byłbyś dobrym kierowcą”. Kiedy zapytali o Krzyż w małym gronie zaczęła się dyskusja na temat wiary (bądź Jej braku), Jednak najwyższym argumentem jaki usłyszałem było: „Przeczytałem kiedyś Władce Pierścieni- Nie ruszył mnie. Przeczytałem biblię- Nie ruszyła mnie […]” byłem gościem (i jak mi się wydawało niepasującym) a mimo to powiedzieli: „ Ale fajnie, że Ty coś w Tym widzisz” lub też: „[…] nie mogę zaczaić jak mając 17 lat można wierzyć[...]”. Jak już mówiłem, ludzie całkiem fajni byli.
Dziś rozbawiają mnie dwa cytaty: „Stary!!! Jesteś na co dzień kuratorem, a jak go zapytałeś przed chwilą ile ma lat, i powiedział Ci, że 17 to mu najpierw zaproponowałeś zielone, a potem browca!!!” ze zdziwieniem jeden do drugiego.
I drugi cytat:Jak zapytałem: „Gdzie jest Maciek?” odpowiedź zabrzmiała: „Gdzieś Spierdol*ł”, po czym nastąpiła chwila niezręcznej ciszy i ludzie zaczęli grzać ze mnie… W tym ostatnim możecie nie zaczaić o co chodzi, ale ludziom z imprezy dobre 10 minut zajęło dochodzenie do logicznej całości kim jestem. Tu najlepiej wyrazi wszystko cytat wypowiedzi jednego z Nich: „Stary! Jesteś przepierdo*ony. (Jak się później dowiedziałem jest to pozytywne określenie. Coś jak gwarą „Wrocławskiej Ulicy”: „Zajeb*sty”.) Mieszkasz we Wrocławiu, przyjechałeś z Opola do Bytomia imprezę z kolesiem, którego znasz niecałą godzinę… Nie rozumem z tego prawie nic, ale jesteś przep*erdolony!”
A rano jak się obudziłem to nawet Maćka nie było… ;D
Wyszedłem wśród zapewnień, że ludzie mnie jeszcze kiedyś znajdą, jak będą ze swoimi zespołami grali we Wrocławiu. Wyszedłem i…
Nie wiedziałem dokąd iść.
Znałem w Bytomiu dwa miejsca. Kościół Ojców Jezuitów (ale tego raczej PKM nie umieściło, jako przystanek, w rozkładzie jazdy) i dworzec główny PKP, na którym zatrzymuje się autobus z Dworca Gliwickiego (i jak dowiedziałem się później, większość autobusów). Zadzwoniłem do tejże niewiasty, która zeszłego wieczoru (przez 5 minut) była mi jedyną znajomą twarzą, spotkaną w tym mieście. Podczas rozmowy, obczaiłem po drugiej stronie ulicy autobus, który jechał na ów Bytomski dworzec. Niewiele myśląc wbiłem się do Niego. Podróż trwała jeden albo dwa przystanki, a to z kolei oznacza, że wieczorna trasa z Maćkiem przez Puby była niezłym kółkiem ;]
Z panienką, która z pełnym poświęceniem odebrała mnie rano z przystanku, udałem się Jezuickiej Świątyni (a właściwie to do salki MAGISowej). Tam przybyła druga dziewczyna z tych, co to wieczorną porą przejmowały się mym losem. Podzieliłem się owymi niewiastami opłatkiem (transportowanym z Wrocławia) i odsapnąłem. Potem jeszcze uczestniczyłem w Niedzielnym spotkaniu MAGISu Bytomskiego. Było ciekawie… „Czucz. Nie ma dziewczyny co miała przygotować spotkanie… Masz jakiś plan zabawy?”
Jak już mówiłem, żyje spontanicznie i ów spontan nie jest mi obcym. Czas później czekając przy schooli Bytomskiej, udało mi się spotkać pewnego Jezuitę, który niemały miał wpływ na mą psychę w dzieciństwie.
Na Przystanek odprowadziły mnie dwie dziewoje, z których to jedna należała do dwuosobowej grupy zainteresowanych mną, zeszłego wieczora. Czekaliśmy na Autobus (który raz na godzinę nawiedza przystanek) a ponieważ jeden nie przyjechał w ogóle, czekalimy mniej lub więcej jak półtorej godziny.
Za mało mi czasu pozostało by wybrać się do Gliwickiej wspólnoty, choć miałem to w pierwotnych planach.
Bóg ma niezłe poczucie humoru :P
Byłem jednym z dwóch delegatów Wrocławskich, a tematem spotkania były: "Rekolekcje Zimowe".
Pomyślałem sobie: "O Fajnie! Odwiedzę znajomych w Opolu." lecz później górę wzięły we mnie zapędy do przygody i podróży... pomyślałem: "Mogę odwiedzić również duszyczki w Gliwicach i Bytomiu”.
Ruszyłem więc…
Spodziewałem się, że ta (jak to ktoś nazwał) „Większa Odprawa” w Opolu potrwa 4- 4,5 godziny.
Przeliczyłem się… Zakończyliśmy „odprawę” około godziny 17, a zaczęliśmy przecie o 10.
Muszę przyznać, że wypad do Bytomia był dla mnie „wyzwaniem”… Nie wiedziałem gdzie będę spać, byłem chory, było późno i miałem moralny dylemat czy mogę puścić Angi samą do Wrocka o tej godzinie. Ale właśnie te przeciwności uczyniły wyjazd PRZYGODĄ.
Pociąg (który był z kolei pierwszym z brzegu) miał opóźnienie. Przez całą niemal podróż towarzyszyła mi troskliwość (a raczej poczucie troski) dwóch pięknych Bytomskich Niewiast. Dlatego też po wyjściu z pociągu w Gliwicach ruszyłem na przystanek autobusowy do Bytomia. Jeździ tam jeden Autobus, raz na godzinę, pojechał 4 minuty po moim przybyciu. 10 minut przed 22 wysiadłem w Bytomiu na przystanku autobusowym. Powitała mnie znajoma z tegoż miasta. Następnym razem muszę unikać „powitań” na środku ulicy, bo gdyby ktoś nie zauważył tego autobusu za Nami byłby problem :P
W ciągu pięciu minut „poznałem” Maćka i dowiedziałem się, że idę z Nim na imprezę… moją dezorientacje przerwało wyjaśnienie i sugestia, że to jest „nocleg” i nie powinienem odmawiać. Poszedłem na tę imprezę sam z Maćkiem zaś dziewczyna, która mnie powitała musiała już do domu znikać. Zanim doszliśmy do domostwa na tą bibę odwiedziliśmy z Maćkiem po drodze, dwa puby w których widział swych kumpli. Impreza była… hm była to parapetówa ekipy metali. Właściwie to oprócz czarnego stroju i długich włosów, to byłem tam „idealnie nie na miejscu”. Coś jak majonez w zupie mlecznej. Kolor ten sam i naczynie nie jest złe… i na tym się kończy.
Pomimo początkowych rozterek Krzyż MAGISowy pozostał na klacie (na wierzchu). Przyznam, że atmosfera była miła, poznałem paru ciekawych ludzi… Ciekawe jest to, że wielu moich znajomych skakałoby ze szczęścia trafiając za free na Bibę gdzie co chwila ktoś proponuje Ci Alkohol (różne browce, drinki, wódki), szlugi, skręty, lub (jak to określali) „szałwie”.
Jestem szczęśliwy… oparłem się! ;]
Kiedy powiedziałem, że nie pije, powiedzieli: „Byłbyś dobrym kierowcą”. Kiedy zapytali o Krzyż w małym gronie zaczęła się dyskusja na temat wiary (bądź Jej braku), Jednak najwyższym argumentem jaki usłyszałem było: „Przeczytałem kiedyś Władce Pierścieni- Nie ruszył mnie. Przeczytałem biblię- Nie ruszyła mnie […]” byłem gościem (i jak mi się wydawało niepasującym) a mimo to powiedzieli: „ Ale fajnie, że Ty coś w Tym widzisz
Dziś rozbawiają mnie dwa cytaty: „Stary!!! Jesteś na co dzień kuratorem, a jak go zapytałeś przed chwilą ile ma lat, i powiedział Ci, że 17 to mu najpierw zaproponowałeś zielone, a potem browca!!!” ze zdziwieniem jeden do drugiego.
I drugi cytat:
A rano jak się obudziłem to nawet Maćka nie było… ;D
Wyszedłem wśród zapewnień, że ludzie mnie jeszcze kiedyś znajdą, jak będą ze swoimi zespołami grali we Wrocławiu. Wyszedłem i…
Nie wiedziałem dokąd iść.
Znałem w Bytomiu dwa miejsca. Kościół Ojców Jezuitów (ale tego raczej PKM nie umieściło, jako przystanek, w rozkładzie jazdy) i dworzec główny PKP, na którym zatrzymuje się autobus z Dworca Gliwickiego (i jak dowiedziałem się później, większość autobusów). Zadzwoniłem do tejże niewiasty, która zeszłego wieczoru (przez 5 minut) była mi jedyną znajomą twarzą, spotkaną w tym mieście. Podczas rozmowy, obczaiłem po drugiej stronie ulicy autobus, który jechał na ów Bytomski dworzec. Niewiele myśląc wbiłem się do Niego. Podróż trwała jeden albo dwa przystanki, a to z kolei oznacza, że wieczorna trasa z Maćkiem przez Puby była niezłym kółkiem ;]
Z panienką, która z pełnym poświęceniem odebrała mnie rano z przystanku, udałem się Jezuickiej Świątyni (a właściwie to do salki MAGISowej). Tam przybyła druga dziewczyna z tych, co to wieczorną porą przejmowały się mym losem. Podzieliłem się owymi niewiastami opłatkiem (transportowanym z Wrocławia) i odsapnąłem. Potem jeszcze uczestniczyłem w Niedzielnym spotkaniu MAGISu Bytomskiego. Było ciekawie… „Czucz. Nie ma dziewczyny co miała przygotować spotkanie… Masz jakiś plan zabawy?”
Jak już mówiłem, żyje spontanicznie i ów spontan nie jest mi obcym. Czas później czekając przy schooli Bytomskiej, udało mi się spotkać pewnego Jezuitę, który niemały miał wpływ na mą psychę w dzieciństwie.
Na Przystanek odprowadziły mnie dwie dziewoje, z których to jedna należała do dwuosobowej grupy zainteresowanych mną, zeszłego wieczora. Czekaliśmy na Autobus (który raz na godzinę nawiedza przystanek) a ponieważ jeden nie przyjechał w ogóle, czekalimy mniej lub więcej jak półtorej godziny.
Za mało mi czasu pozostało by wybrać się do Gliwickiej wspólnoty, choć miałem to w pierwotnych planach.
Bóg ma niezłe poczucie humoru :P
piątek, 19 grudnia 2008
Leń...
Jest taki jeden koleś... Ludzie wołają na Niego Leń, więc i ja tego imienia użyje.
Ów Leń często czepia się różnych ludzi, lubi to. Niegdyś długo trzymał mojego Przyjaciela i choć wtedy żarliwie z Nim walczyłem, choć nie zawsze miałem szanse zwyciężyć. Nie zwuważyłem nawet gdy niedawno wkradł się w moje życie. Spokojnie i cicho, wszedł bez pukania, zadomowił się i nie dawał, z początku się rozpoznać. Poznałem, że to On trochę później i w pierwszej chwili nie umiałem sobie z tym poradzić.
Dziś jednak już walczę. Dlatego też wszystkim, którzy dali mi do zrozumienia co się ze mną dzieje... Dziękuje. A tych, którzy poczuli efekty Mojej z Leniem współpracy, przepraszam. To jest to czego NAUCZYŁEM się w Liceum... "Ponosić odpowiedzialność za swoje czyny".
Idą Notki...
Ów Leń często czepia się różnych ludzi, lubi to. Niegdyś długo trzymał mojego Przyjaciela i choć wtedy żarliwie z Nim walczyłem, choć nie zawsze miałem szanse zwyciężyć. Nie zwuważyłem nawet gdy niedawno wkradł się w moje życie. Spokojnie i cicho, wszedł bez pukania, zadomowił się i nie dawał, z początku się rozpoznać. Poznałem, że to On trochę później i w pierwszej chwili nie umiałem sobie z tym poradzić.
Dziś jednak już walczę. Dlatego też wszystkim, którzy dali mi do zrozumienia co się ze mną dzieje... Dziękuje. A tych, którzy poczuli efekty Mojej z Leniem współpracy, przepraszam. To jest to czego NAUCZYŁEM się w Liceum... "Ponosić odpowiedzialność za swoje czyny".
Idą Notki...
niedziela, 14 grudnia 2008
Komercha
Taka anegdotka z dziś ;]
Byłem z Przyjacielem na mieście i ludzie trochę się dziwili jak wyrazał swoje poglądy :P
A przy okazji... słabo rysuje ale poto mam dwie ręce by talenty mnożyć ;D
Już niedługo zaległe tematy... (Jednak przez Roraty mniej pisze :P Spróbujemy to poprawić)
(Taki bonus... Jak klikniecie na rysunek to jest mniej pixelowate)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
