piątek, 25 czerwca 2010

Sporo się dzieje.

Dziwnie się robi.
Ludzie zaczęli mnie pytać co zamierzam na wakacje, tak jakbym ich nie miał już od miesiąca.
30-tego Czerwca po odebraniu wyników z matury jadę na "Oazę dziecięcą" jako opiekun najmłodszej grupy chłopców.
Wracam 15-tego.
Mam dzień przerwy żeby poprosić mamę o wypranie ciuchów i sobie je wyprasować.
17-tego wyruszam jako animator II-go stopnia na Rekolekcje MAGIS.
Wracam pierwszego sierpnia.
Potem może uda mi się znaleźć jakąś robotę na dwa miesiące.

Poszukiwania zacząłem już wczoraj i do tego też odnosi się pierwsze zdanie tej notki.

Sporo się dzieje.
Na polu walki duchowej dzieje się jeszcze więcej.
Tak wielu chciałbyś zbawić.
Z tak wieloma chciałbyś się dzielić dobrem, które znalazłeś przy Panu.
A tymczasem sam Tego Pana gubisz.
Tyle słów od przyjaciółki Refleksji.

Módlcie się za siebie wzajemnie bracia i siostry.
Proście o wytrwałość dla Tych, którzy Pana znaleźli.
Proście o światłość umysłu, dla ograniczonych racjonalnością.
Proście o owoc dla poszukujących.
Proście o doświadczenie dla zagubionych.
Dziękujcie. Za Tych, których już wam dał i baczcie, byście żadnego z Nich nie utracili.

wtorek, 22 czerwca 2010

Głusi

"Głusi"

I nie ten jest głuchy, kto słów nie doznaje.
Nie ten, do którego mowa nie dociera.
Kto zaś słysząc słowa, prawdy nie poznaje.
Ten z prawdziwą głuchotą w życiu się ściera.

poniedziałek, 21 czerwca 2010

Podróż i 18stka Piotera.

Mówiłem sobie, że dam rade napisać notkę o moim wyjeździe.
Tak mi się udało do tego zabrać, że jak w Czwartek wieczorem wróciłem, to na Blogu do dziś pusto.

Więc wspomnę tylko, że wyjazd był owocny i to niejednokrotnie.
Spotkałem przynajmniej cztery osoby, którym mogłem pomóc.
Dla spotkania każdej z tych osób ten wyjazd nabierał sensu. Więc można by powiedzieć, że czterokrotny owoc otrzymałem, ale byłaby to nieprawda.
Otrzymałem przynajmniej pięciokrotny owoc.
Albowiem nauczyłem się modlić.
Nie dotarłem do wszystkich miejsc i ludzi, których planowałem odwiedzić.
Spotkałem wielu ludzi, których spotkać się nie spodziewałem.
Właściwie, jeszcze jednym dobrodziejstwem wyjazdu jest fakt, że młodzi ze wspólnoty samodzielnie skoordynowali się, do nakręcenia filmu na IDMy i odwalili kawał dobrej roboty, do której ja nie dałbym rady ich zmotywować.

Po powrocie, nie siedziałem długo w domu, gdyż z soboty na niedziele byłem w Turawie, na osiemnastych urodzinach Piotera (z MAGISu Opolskiego).

Jakoś tak jest, że ludzie często skręcają w rozmowie ze mną na temat Szefa, religii, Wiary...
Czasem łapię się na tym, że ja zaciągam do tych tematów w rozmowach, jednakże rzadko to robię, a rozmawiam często.
Może to Boży Dar.
Może to Jego Misja dla mnie.

Na wspomnianym ognisku, spotkałem trzy osoby, w pewnym sensie, symbolizujące typy osobowości w znacznie większej społeczności:
-Dziewczyna, która Szukała.
Twierdziła, że nigdy nie doświadczyła Boga. Interesowała się Biblią i zachowaniami Chrześcijan. Interesowała, się też innymi religiami choć Chrześcijanie byli Jej najbliżsi.
Czuła, że musi istnieć Bóg, choć nie miała pojęcia Kim lub czym (bo tą opcję też rozważała) jest.
Nie umiała zdefiniować zła i dobra, lecz pytała o Nie, twierdząc, że nie istnieje jako-takie "zło" i "dobro".
-Chłopak, Zbuntowany.
Buntował się przeciw wszystkiemu i miałoby to sens gdyby swoją wiedzę oparł, na czymś więcej niż medialne popularne kłamstwa i to w dość krzywej (nawet jak na dzisiejszy skrzywiony świat) interpretacji.
Gdy sobie wypił, nie dało się już z Nim specjalnie konwersować, bo przestał przyjmować cudze słowa i denerwowało go najbardziej to, że nikt się z nim nie kłócił.
Dlatego, by mieć się z kim kłócić, wkładał ludziom w usta słowa, które jego zdaniem powinni wypowiedzieć.
Gdy wypił więcej, zaczął rzucać kurw*mi i innymi nietrafnymi synonimami przecinków, czym mnie zdenerwował, gdyż przy ognisku siedziały wówczas jeszcze niewiasty.
Jego bunt przerósł jego rozumowanie i to mnie zmartwiło, bo był jednym z ludzi, niszczących opinię na temat "buntu" w społeczeństwie.
-Turek, Wierzący Muzułmanin.
Gość siedział uśmiechnięty i spokojny przy ognisku. Może było to spowodowane, nieznajomością języka Polskiego. Moim zdaniem jednak, nie należał do ludzi kłótliwych z natury.
Zaimponował mi, swoją wiernością, wobec wyznawanych zasad. Nawet rano, zaspany i głodny upewniał się czy w tostach nie ma mięsa.
Ponieważ w wolnej chwili modliłem się, za wcześniej wspomnianą dwójkę, zauważył różaniec.
Był ciekawy, pytał ludzi o niego.
Potem wytłumaczył nam, że w jego religii jest coś podobnego i na czym polega.
Mógłbym do tych trzech osób dodać jeszcze jedną, spotkaną podczas tego wyjazdu przed urodzinami, ale jego sytuacja (w tym co jestem w stanie opisać) nie różni się wiele od przytoczonej na początku dziewczyny, choć (w tym czego opisać się nie da) każdy człowiek jest postawiony w zupełnie indywidualnej sytuacji.

Jeździłem pociągami i autobusami, bywałem dłużej na na "pustynnych" spacerach, miałem sporo czasu, natchnienia, ołówek i kartkę, więc skrobnąłem coś wierszy.
Już niedługo wrzucę je na bloga.

niedziela, 13 czerwca 2010

.

Jeśli Bóg pozwoli, jutro jadę.


Dziś dostałem pierwsze "zamówienie" na piśmienną wersję mojego wiersza.
Do tej pory robiłem z Nich prezenty-niespodzianki.

piątek, 11 czerwca 2010

Skrótem

Informując skrótem:

Wyzdrowiałem w czasie, gdzieś koło Bożego Ciała.
Odebrałem glany z gwarancji.
Wczoraj wpadł mi w głowę ciekawy tekst piosenki i nawet melodia, ale nie miałem przy sobie ołówka i kartki.
Szykuję, się do drogi. Może na tydzień, może mniej lub więcej kilka dni.
Ogólnie to odczuwam wakacje i co ciekawe, bardziej je czuje im bliżej są swoich wakacji młodzi ze wspólnoty.
Odkryłem dość ciekawe zjawisko. Mianowicie, przyjemność płynącą, z rozmowy z ludźmi myślącymi.
Nie dającymi się modzie i globalnej manipulacji.
Nawet jeśli poglądy mają różne od moich, to i tak przyjemnie jest rozmawiać, z ludźmi którzy mają poglądy własne.
Zadziwia mnie ostatnio ilu jest takich ludzie, którzy muszą się ukrywać w tłumie, nie przyznając się do tej zdolności - samodzielnego myślenia. Choć słowo "muszą" jest tu niepasujące. Po prostu się ukrywają.

poniedziałek, 7 czerwca 2010

Ślepcy

Subatomowa cząsteczka natchnienia
uderzyła mnie dziś w kąpieli.


"Ślepcy"

Nie ten jest ślepcem, kto nie widzi przedmiotów,
Lecz kto je widząc, nie sięga wzrokiem dalej.
Tłum nie potrzebnych tworzy sobie kłopotów,
schodząc z życia ulic i błądząc wśród alej.

środa, 2 czerwca 2010

Listy

Ostatnimi czasy, znalazłem mój stary niedokończony wiersz.
Pisany był jeszcze kiedyś ołówkiem.
Pierwsza zwrotka zdążyła się, już wytrzeć.
Odtworzyłem ją ze strzępków: liter i pamięci.
Potem dopisałem zakończenie i znaki interpunkcyjne,
których brak, widać nie był kiedyś ważny.
Niektórych wersów nie odważyłem się już "poprawiać",
by poprawne brzmienie w języku Polskim, nie zagubiło klimatu,
jakiego nie udało mi się (moim zdaniem) tchnąć w ostatnie (pisane dziś) zwrotki.
Wiersz poniżej:



"Listy"

Po co człowiek pisze listy?
Po co skrapla, swego ducha?
Słowa stawia niczym glisty
I notuje karta głucha.

Jedni piszą do urzędów,
Inni gdzieś w dalekie kraje.
Jest też rodzaj chwalipiętów,
co swym listom fałsz dodaje.

Piszą ludzie do rodziny.
Piszą do Przyjaciół trupy.
Piszą w listach przeprosiny.
List w kopercie, ślą zakuty.

Piszą własne przemyślenia.
Piszą rady i nakazy.
Piszą też postanowienia
I przedśmiertne słów wyrazy.

Po co trudzą się pisaniem?
Czy im sił to jakiś daje?
Czemu darzą zaufaniem,
Laku, wstęgi obyczaje?

Piszą by przekazać treści,
Swe emocje i uczucia.
Tajemnice zaś ich wieści,
Strzeże ludzki brak zepsucia.

poniedziałek, 31 maja 2010

-.-

No i muszę odłożyć wyjazd.
Wczoraj wieczorem po prostu nie miałem sił.
Prosiłem w wieczornej modlitwie by Pan, jeśli mam jechać, dodał mi ich chociaż tyle bym dotarł na dworzec.
Rano obudziłem się z biegunką, gorączką, jeszcze większym bólem gardła, i taką dziwną zmianą temperatury przechodzącą po plecach.
-.-
W czasie pisania powyższego, flegma postanowiła o sobie przypomnieć i głód wywołany brakiem apetytu też.

Ten wyjazd maił być spotkaniem z pewnymi ludźmi, z którymi pragnąłem się spotkać już dawniej.
Miał być też odpoczynkiem.

Bóg miał inną koncepcję odpoczynku.


Na wszystko przyjdzie czas.

czwartek, 27 maja 2010

Wczoraj gotowałem pierwszy "poważny obiad" w całości samodzielnie, bez asekuracji i rad.

A dziś zdałem maturę ustną z Angielskiego na 50%.
Sądziłem, że z moimi zdolnościami będę najsłabszy w klasie, a jednak niespodzianka.

Ogólnie to zaczęły się dla mnie wakacje.
;D

wtorek, 25 maja 2010

Znów nie pisałem dość długo.
Nie podoba mnie się przestawienie na tryb "notka raz na dłuższy czas", ale zobaczymy czy uda się coś zmienić.
Zacząłem chyba trzy albo cztery wiersze, ale na razie żadnego nie ukończyłem.
Zacząłem biegać porankami. Miła zmiana.
W Czwartek ostatnia matura, potem spróbuję się gdzieś wybrać na dłużej.
Nie mam pojęcia gdzie będę spał, czym będę podróżował, ale to dobrze. Lubie spontaniczność.
Zauważam u niektórych młodych ze wspólnoty, rozwój emocjonalny i duchowy, w ostatnim czasie.
Sam osobiście, chyba zacząłem się dobrze modlić, bo coraz trudniej mi się na modlitwę zebrać.
Przyszła też pokusa by wskrzesić bajkę o rycerzu.
Zobaczymy co będzie.

Żyjcie na większą chwałę Bożą.

wtorek, 18 maja 2010

Ojciec Staszek.

Rok temu zmarł Człowiek, który przez ponad 10 lat budował mój kręgosłup moralny.
Jezuitą.
Oddał Bogu wszystko co dostał (zdrowie, wolę, życie) i kochał (rodzinę Zakonną, Wspólnotę) a oprócz tego przyniósł plon (młodych ludzi, których rozpalił do czegoś więcej).

Ja osobiście zawdzięczam Mu, że wyciągnął mnie z przesadnej pokory, którą nazywał: "przepraszam, że żyję".
Często mówił, że "facet musi mieć jaja", że "zdrowa ryba płynie pod prąd" i że jesteśmy "stworzeni do czegoś więcej".
Założył wspólnotę, w której działam do dziś.
Był inny, niż stereotypowi księża.
Często na kazania przynosił różnorakie rekwizyty, wychodził z mikrofonem do ludzi i pytał ich o pogląd na jakiś temat.
Stworzył ze zwyczajnych chłopców, służbę liturgiczną, która była przykładem, dla otaczających nas parafii (ze zdań przyjezdnych księży i biskupów to wnioskuje).
Chciał nam dać wszystko (nie odejmując tu sił fizycznych, czasu i pragnień) co posiadał i to też Mu się udało.
Był Fundamentem, na którym Ojciec może dziś działać.

Przede wszystkim był Znakiem, że się da.
Znakiem, że da się tak żyć.

Miał też wady, do których otwarcie się przyznawał.
Uprzywilejowywał jednego z naszych kumpli i bał się grać z nami w piłkę.
Dziś jednak widzę, że część z tych rzeczy miała sens.

Tak najmocniej nasza relacja powstała w ostatnim roku, przed Jego odejściem.
Po pewnej rozmowie gdy pojechałem z Ojcem do Niego do Szpitala i Ojciec poszedł gdzieś na ubocze na chwilę.

Rok...
Zdążyłem się przyzwyczaić, do tego braku?
Często widzę sytuacje, gdzie Go brakuje.
Jednak, Jego brak w tych sytuacjach, istnieje po to, byśmy sami mogli wykorzystać to, czego nas nauczył.

Ad Maiorem Dei Gloriam.

piątek, 7 maja 2010

Ha!
Wczoraj zdałem Angielski pisemny a dziś Ustny Polski (13/20).

Teraz chwila wytchnienia przed fizyką.

środa, 5 maja 2010

Haha!

Przed chwilą uświadomiłem sobie, że chyba zapomniałem przepisać odpowiedzi z zadań zamkniętych na karte odpowiedzi (zakolorować kwadraciki dla komputera) i nie wiem czy mi uznają to (powinni nie uznawać bo to mój błąd, a było napisane na pierwszej stronie, żeby przepisać).
Ale to tylko 25 pkt z 50 więc dalej mam szanse zdobyć drugie 25pkt z otwartych zadań ;]
Potrzebuje 15 na zaliczenie więc może ugram.

Jest śmiesznie :-)

Jutro Angielski.
Jedyny przedmiot z którego jestem słabszy.

poniedziałek, 3 maja 2010

opis

Taka relacja z wczoraj i kilku dni, które idą:

Koncerty Majowe i Matura.

No i tyle relacji ;p
Jak znajdę chwilę wolniejszą to dam większy opis.

wtorek, 27 kwietnia 2010

Fraszka, małża.

„Małża”


Świat jest małża. Bądź dlań ziarna piasku okruchem,
By dusza Twa, jak perła cennym była duchem.

sobota, 24 kwietnia 2010

Piątek


Właściwie to poprawiło mnie się trochę w Czwartek wieczorem.

W Piątek jednak już mi prawie całkiem przeszło.

Niestety odwołany wyjazd i nieprzygotowany strój były już nieodwracalnie-niepodważalnym argumentem pozostania we Wrocławiu.

Chyba będziemy mieli kolejnego członka wspólnotowej służby ołtarza.

To dość pozytywna informacja.

Ponadto udało mnie się wczoraj porozmawiać półprywatnie z gościem, który jest od niedawna w naszej wspólnocie i o którego stoczyłem wiele duchowej walki.

Mam nadzieje, że Pan zatrzęsie jego dotychczasowym stylem życia.

Gość jest deklarowanym ateistą. A pomimo to szuka Boga, choć na razie mniej za pośrednictwem świadomości.

Nie wiem dlaczego, ale jakoś tak szczególnie lubię „szukających”.

Wieczorem postanowiłem odprowadzić Przyjaciela do mieszkania gdzie nocuje w ten weekend (nie jest z Wrocławia, ale dość często tu bywa).

Po drodze wdaliśmy się w dyskusję na temat wiary (Obaj jesteśmy Katolikami, choć ja chyba mam „kontrowersyjne” poglądy).

Początkowo omawialiśmy temat współpracy i modlitwy, za pewne trudne i zarazem bliskie sprawy.

Kiedy jednak doszliśmy do tematu (o którym już kiedyś pisałem) biskupów, kanonów i tego wszystkiego co staram się zrozumieć, ale na razie uznaję za sztuczne i „ludzkie”, pokłóciliśmy się.

Czułem, że dałem mu kilka razy podczas tej kłótni, możliwość przekonania mnie wytłumaczenia.

Nie wytłumaczył. Wydaję mnie się nawet, że jestem krok w tył.

Już zaczynałem przekonywać się do biskupów, gdy jeden z Nich dał wyraz interesowania się ludźmi, poprzez to, że spotkał się z grupami parafialnymi. Wypytywał.

To było dobre działanie.

Mój Przyjaciel chciał mnie przekonać, ale chyba zrobił coś odwrotnego.

Może jeszcze nie czas… Może nie tędy droga… Może nie ten cel.

Nie mam pojęcia.

Kiedy wracałem, było już około północy i postanowiłem wrócić autobusem nocnym spod dworca.

Nie wiem czy pomyliłem numery czy przystanek docelowy.

Wydawało mnie się, że ten autobus jedzie inną trasą.

Istotnie jechał inną trasą. Jechał zupełnie w inne miejsce, nie zahaczając nawet o znajome okolice.

Kiedy przyjechaliśmy na ostatni przystanek kierowca wyprosił mnie z autobusu, mówiąc jednocześnie, że rusza w drogę powrotną nie wcześniej niż za 2 godziny.

Nie powiedział jednak, że wraca na dworzec.

Poszedłem dalej.

Powiedziałem sobie, że idąc przed siebie muszę „gdzieś” dojść.

Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że jestem 16 kilometrów od domu, całkowicie po przeciwnej stronie miasta, oraz że idąc przed siebie doszedłbym w jeszcze inny kąt Wrocławia.

Dobrze, że postanowiłem przeczytać trasę tego nocnego autobusu by kierować się przystankami do dworca. Zauważyłem, że następny autobus pojawi się już za pół godziny.

Postanowiłem poczekać.

Spotkałem, również życzliwego taksówkarza, który powiedział mi, że istotnie powinien tu być autobus w najbliższym czasie.

Oczywiste jest, że powiedział mi to dopiero po pytaniu, czy da rade mnie dowieść w znajome miejsce za 14 złotych wygrzebane z kieszeni.

Autobus przyjechał.

Kierowca z wyglądu niczym się nie różnił od tego, który miał ruszyć w drogę za dwie godziny. -.-

Ostatecznie z dworca ruszyłem do domu piechotką, po drodze spotykając lekko podchmielonych drechów, z pytaniem: „Czy Ty jesteś żydem?”.

Wytłumaczyłem im, że żydzi nie noszą krzyża na wierzchu. Potem powiedziałem że jestem Katolikiem i gdy wciąż pytali czy jestem Chrześcijaninem odpowiedziałem „tak” zamiast tłumaczyć, że to oczywiste.

Wróciłem do domu jakieś półgodziny przed Czwartą.

Czwartek

W Czwartek miałem dobry dzień.

Może to trochę dziwne, że nazywam go dobrym, zwracając uwagę na fakt, iż najpierw leciała mi krew z nosa (tak spontanicznie) a potem leżałem na plecach w przejściu pomiędzy pokojem moim, kuchnią, przedpokojem i pokojem rodziców (w takim małym mieszkaniu jest to po prostu środek domu i wschodnia część mojego przejściowego pokoju ;p).
Może dziwne, że tak go nazywam, skoro ze względu na to samopoczucie musiałem odwołać wypad na grę terenową w Opolu.
Może to trochę dziwne, że nazywam go dobrym dniem, jeśli niedawno poznana dusza miała tego dnia sporego doła i próbowałem Jej pomóc.
Może dziwne… ale jednak.
Był dobry.

„Nikt nie jest dobry, tylko sam Bóg.”

A ten dzień był podsumowaniem trzydniowej wzmożonej współpracy między mną a Bogiem.
Trzy dni, trzy przedmioty maturalne, trzy zagrożenia. (Angielski, Polski, rozszerzenie Fizyki).
Codziennie zaliczałem jeden przedmiot. Codziennie wieczorem modliłem się o opanowanie, spokój i odwagę, na dzień następny.
Prosiłem, dostałem.
Ostatecznie rodzina zrobiła z tej okazji (zdania szkoły) pizzę, ale to nie było głównym powodem mojej radości (choć przyjemnie dla odmiany, zamiast głupie słowo zaczepki, dostać od własnego brata niespodziankę, taką).
Powodem mojej radości było to, że znów poczułem interwencje Boga w moje życie. Zawsze to lubiłem, choć zazwyczaj rozwalał tym przyjemne schematy, które sobie budowałem.
Powodem radości było to, że nauczyłem się, bardziej mu ufać.

Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że te negatywne strony dnia, również były potrzebne by zbudować, jego pozytywny odcień.
Leżąc na podłodze, zauważyłem, że moja rodzina nie zwraca uwagi już na takie abstrakcyjne czynności. Zasadniczo starali się mnie nie podeptać, ale nie pytali, co mi jest ani dlaczego leże tu a nie w łóżku.
To zaś pozwoliło mi dostrzec, że jestem dość dziwnym człowiekiem. Znaczy się, że robię to co robić powinienem – „Udziwniam” ten świat.
Drugim, przykładem jest płacząca duszyczka, którą udało mi się wyciągnąć wieczorem na spacer i pocieszyć.
Spełniłem misję.
A modliłem się na razie tylko o to by misje dostawać od Pana.

To był Dobry dzień.





Post scriptum
Dostałem jeszcze jeden prezent-znak od Pana.
Gość z drużyny footballu Amerykańskiego postanowił pojechać na jakiś zjazd młodych z Kapucynami.
Nie byłem tam, nie znam zakonu Kapucynów, ale wgląda to na dobrą imprezę, a gość gdy go ostatnio widziałem był całkowicie niewierzący, a teraz zaczyna szukać.
To jest dosyć proste zdanie od Szefa: „Masz jeszcze sporo ludzi i sporo roboty.

wtorek, 20 kwietnia 2010

Ballada 1

Stara ballada. Zaczęta w emocjach, zakończona spokojnie.
Odpowiadając na pytanie. Nie jest to opis jakiś ostatnich przeżyć.


"Ballada Wang"


Pośród gór dzikich stoków, pośród mglistych obłoków,
Dzielnie na przód młodzieniec wędruje.
Ściska sobie coś w ręce i jak gdyby w podzięce
Swojej duszy, nad śniegiem pracuje.

Skądże jest w dłoniach Jego, kawał ów lodu tego?
Zaraz historii się tej dowiecie.
Miał raz pecha młodzieniec, zakochania splótł wieniec
Nieświadomie, zajętej kobiecie.

Gdy kwiat piękny spotykał, w myślach swych odlatywał,
Do oblicza cudownej niewiasty.
Gdy z tych myśli powrócił, na świat głowę odwrócił,
Wszystko inne zmieniało się w chwasty.

Zapalony uczuciem, popędzany krwi kłuciem,
Piękne wizje co dzień, projektował.
Najpiękniejszej przyszłości, cudnej wspólnej błogości,
Wszystkie myśli w dziewczynie lokował.

Raz w modlitwie do Pana, którą prowadził z rana,
Całe swoje uczucie przedstawił.
Jeśli dla mnie jest Ona, daj nam wspólne jeść grona.
Dni powszednich bym w rozkosz ją wprawił.

Choć pytanie zadawał, w myślach cicho dodawał,
Niech nie spełni się mroczność potworna.
Jak innemu ma wierzyć, z innym życie przemierzyć,
Będzie dla mnie, to sprawa koszmorna.

W swoich czynach codziennych, w swoich myślach płomiennych,
Wciąż próbował Jej uśmiech, wytwarzać.
I Jej szukał ujrzenia, ku Niej puszczał spojrzenia.
Tak musiało, w uroku się zdarzać.

Kwiaty polne Jej znosił, komplementem skroń rosił,
Lecz zamiarów w tym swych nie, przedstawiał.
Pisał do Niej poezje, słów swych ćwicząc finezje.
Lecz strach wielki, go głosu pozbawiał.

Kiedy razu pewnego, dostał zrywu takiego,
W sercu odwagi lśniła, korona.
Bóg wysłuchał modlitwy, przerwał Jego gonitwy.
Przejrzał chłopak i przejrzała go Ona.

Gdy Jej szczęście zobaczał, z jednej strony rozpaczał.
Z drugiej zaś chciał się jednak, ucieszyć.
Przecież była szczęśliwa, więc jak w kompocie śliwa,
Wylądował, On w dołku swych przeżyć.

Pośród gór dzikich stoków, pośród mglistych obłoków,
Dzielnie na przód młodzieniec wędruje.
Ściska sobie coś w ręce i jak gdyby w podzięce
Swojej duszy, nad śniegiem pracuje.

Idąc dalej tą drogą, przemierzając grunt nogą.
Do zapomnianej doszedł, świątyni.
Przywitawszy pomrukiem, minął jednak ją łukiem.
Nikt nie wiedział, co chłopak uczyni

Stanął prosto na skarpie, wicher w przepaść go szarpie.
Ale walczą w Nim myśli, emocje.
Spojrzał w przepaść oszustkę. Przypomniał sobie pustkę,
I zobaczył, wtem swoją dewocje.

Nie żyjemy dla damy, choć Ją bardzo kochamy!
W przestrzeń krzyknął do lasów i ścieżek.
Nie dla chwil pięknych trwamy, choć ich ciągle szukamy,
W rękach trzymał, już lód a nie śnieżek.

W dłoniach jego wtem była, już nie śnieżka lecz bryła,
Ułożona jak na kształt trójkąta.
Ale zaokrąglenia i szczelin ułożenia
Kształt w Niej serca, stworzyły z pod kąta.

Bryłę tę w Niebo wznosi, na cóż to się zanosi,
Cicho pyta się sosna, jaskółki.
Z ulgą wielką i duchem, rzuca swoim wyrzutem,
Ów młodzieniec, lodu bryłę w skał pułki.

Kiedy echo huk niosło, niebo piorun w dół ciosło.
Zaślepiając tym blaskiem, krainę.
Więc miast cicho stuknięcia, słychać gromu jęknięcia,
Lecz młodzieniec, odkupił już winę.

Winę Niebios milczenia, winę serca gorenia.
Winę wszystkich swych zmysłów, przewrotnych.
Winę tego że wiosna, że nie z nim jest radosna.
I spóźnionych, decyzji odwrotnych.




Hejże Ho!
Bing! Bang! Bing! Bang!
Bije dzwon.
Świątyni Wang.

czwartek, 15 kwietnia 2010

Nie potrzymali tygodnia.

Nie potrzymali tygodnia.

Mój Historyk – Bardzo mądry (Używam tu tego słowa z pełną świadomością. Uznaję za ludzi mądrych właśnie tych, którzy badając przeszłość, są w stanie, powiedzieć jak teraźniejszość wpłynie na przyszłość. Ludzi, którzy przekazują wartości moralne młodym nie tylko bezinteresownie, ale także własne interesy ryzykując, wiedząc, że jakie społeczeństwo się wychowa, w takim się będzie żyć.) człowiek, szacował, na lekcji historii, że ludzie wytrzymają, bez publicznych sporów i z ogólną życzliwością około tygodnia.
Oczywiście On powiedział to w trochę innym kontekście i bardziej wskazując na ten fakt jako pozytywne strony katastrofy. Przypomniał, że po śmierci Papieża Jana Pawła II przez dwa tygodnie, ludzie byli dla siebie życzliwi. Umieli zapytać sąsiada „Co słychać?” umieli się bratać (mniejsza o to na jak długo).

Muszę mu powiedzieć, że pomylił się z tym szacowaniem.
Już słychać pierwsze kłótnie.
Już ludzie kłócą się gdzie pochować prezydenta.
Już, już… już wracają do codzienności.
Już pojawiają się „śmieszne” obrazki i teksty związane z wydarzeniami ostatnich dni.
Już pojawiają się głosy sprzeciwu wobec żałoby w ustach tych, którzy wcześniej chcieli zmieniać liturgiczny kolor i „klimat” oktawy Wielkanocnej.
Już awantury, już…

Już wracamy do patologii i hipokryzji.
I jeśli (w narodowej skali) nie jesteśmy od czegoś wolni, to właśnie od patologii życia społecznego, od zawiści, od zazdrości, od konfliktowości, od hipokryzji politycznej.
Ale większość tych cech ma większą skalę.
Skalę globalną.
Nie ma jednak trwałych globalnych lekarstw. (Stąd moje antyglobalistyczne poglądy).
Chrystus pokonał śmierć, ale nie pokonał Naszego wewnętrznego zła, którego nie chcemy puścić.
Nie zniszczysz zbroi, w której siedzi ktoś, nie naruszając tego kogoś.
A my nie chcemy zdjąć z siebie tej powłoki.

Najpierw zapytał mnie jeden z grupkowiczów, czy jeśli jakaś stacja telewizyjna bluzgała kiedyś prezydenta dzień w dzień, to teraz moralne jest dla Nich mówić o Nim w samych superlatywach, czy może moralna jest zmiana tematu?
Nie oglądam tyle telewizji by to stwierdzić.
Jeśli jednak miał racje, to moralne dla tej telewizji byłoby nie emitowanie się przez tydzień.
Później przeczytałem ciekawe rozprawki na temat poglądów politycznych, na blogach, pewnych niewiast, które bardzo lubię i szanuje.

Po lekturze stwierdzam:
Mało kto ma w Naszym kraju poglądy polityczne.
Większość ludzi ma poglądy na temat polityków, a nie na temat ich programów.
Gdyby kiedyś wypisali przed wyborami, ustawy, które chcą wprowadzić, swoje programy wyborcze (pozbawione słów niekonkretnych) i mieliby podpisać się pod nimi pod karą więzienia, w razie ich nie-realizacji po objęciu rządów. Uważam, że nie różnili by się tak bardzo.

Może dlatego Naród Polski podczas każdych kolejnych wyborów popada ze skrajności w skrajność, obojętnie, czy skrajność reprezentuje prawa, lewa czy środkowa strona.

Dlatego właśnie, że „skrajności” te w istocie nie różnią się od siebie.


Już pisałem przy temacie o dowodzie osobistym.
Wstrzymać się od głosu, to zgodzić się na to co wybiera większość.
Ja nigdy nie byłem i nie chcę być tłumem.
Stanę niedługo przed wyborem reprezentanta moich spraw, moich poglądów, moich idei i mojego zdania.
Problem w tym, że na liście najprawdopodobniej nie znajdę takiego reprezentanta.
Czy to dlatego, że jestem niepoprawny politycznie, czy dlatego, że wszyscy reprezentują to samo, inaczej powiedziane?
A może moje pytanie nie ma sensu, bo obie odpowiedzi są trafne?
Może polityczna poprawność, której tylu ludzi bezmyślnie, nie w pełni świadomie się poddało, jest tak wąskim kryterium, że nie można reprezentować różnych poglądów?


Chciałbym umrzeć za Miłość.
Za Boga, za Ojczyznę, za Człowieka.
Ale w człowieku Ne znajduje Człowieka.
W kraju, Ojczyzny.
A Boga ukraść mi próbują.

niedziela, 11 kwietnia 2010

.

Ludzie sporo mówili wczoraj o katastrofie lotniczej.
Dziś też sporo mówią.
Ponoć sporo też myślą.

Kiedy doszła do mnie ta informacja, siedziałem z grupką czekając aż zaczniemy spotkanie.
Nie było jeszcze wszystkich więc radio było włączone.
Ktoś coś wcześniej wspomniał o jakimś samolocie, ale nie wiedział nikt nic konkretnego.
Nie wiem dlaczego, jakoś przez pierwszą godzinę odbierałem to jako żart primaaprilisowy z mocnym opóźnieniem.

Jeśli zginąłby tylko człowiek, to w myśl, że wszyscy ludzie są równi, nie powinniśmy rozpaczać bardziej niż po komunikacie mówiącym o liczbie ofiar na Polskich drogach.
Ale zginął człowiek, który symbolizował Polskę. To właśnie znaczą słowa być reprezentantem/głową. Wcześniejsze głowy Państwa Polskiego, Królowie gdy umierali też nie odchodzili bez echa. Byli tylko pomazańcami Bożymi, a cały naród Bożych dzieci płakał. Jeśli ktoś chce spojrzeć na to logicznie, odsyłam do poprzedniego posta.


Spotkałem się jednak z ludzkimi twierdzeniami, że Katyń jest miejscem przeklętym.
Tym słowom stanowczo zaprzeczam.
Wczoraj Katyń został odkupiony.
Wiele lat temu przelano tam krew i dokonano zbrodni. Na żołnierzach i inteligencji Polskiej.
Wczoraj Krew żołnierzy oraz przedstawicieli Kościoła i polityki, odkupiła zbrodnię.
Dobrze, że stało się to w dniu zmartwychwstania (którym jest cała oktawa).
Wielu ludzi szukałoby odkupienia za tamtą zbrodnię w przelaniu Krwi rosyjskiej.
Nie tego uczy Nas Chrystus.
Chrystus Bóg i jedyny bez grzechu człowiek zmarł za grzechy ludzi wobec Boga i powstał z martwych.
Oni też powstaną.
Być może ponieśli ofiarę, mniej świadomie i mniej dobrowolnie.
Jednakże ponieśli ją. A owocem ich ofiary jest już teraz gest totalitarnego przywódcy do Narodu i to Narodu, jemu, obcego.
Tak powstają Bohaterowie.

Módlcie się Bracia.
Módlcie się Siostry.